Marta:

Byłam zupełnie sama, słaba, w depresji i od 22 lat wmawiano mi że aborcja to zabójstwo

CW: myśli samobójcze, samookaleczanie
[Historię Marty publikujemy bez zmian, chcemy jednak zaznaczyć że ADT nie zaprzecza istnieniu pandemii COVID. O tym, jak COVID wpłynął na aborcje więcej przeczytasz w biuletynie.]

Kochane kobietki!! Wasze historie przeczytałam dziesiątki razy od każdej strony, wszerz i wzdłuż. Dziękuję Wam za nie!!!! To dzięki nim udało mi się przetrwać ten najtrudniejszy dla mnie okres.

Pisze to jakieś dwa tygodnie po przeprowadzonej w domu aborcji farmakologicznej. Jestem bardzo szczęśliwa i czuję się znów lekka, znów jestem jedyną i absolutną panią swojego ciała oraz życia. Mam 36 lat i dwoje dzieci z nieudanego małżeństwa, które zostało zawarte ze względu na wpadkę, potem przyszła kolej na drugą. Mam dwóch wspaniałych synów – 14 i 16 lat – których bardzo kocham, jednak szybko się zorientowałam ze nigdy nie powinnam być matka. Wychowałam się w domu skrajnie katolickim. Nikt nigdy nie nauczył mnie antykoncepcji , nikt nie mówił mi o seksie, o tym jak i kiedy można zajść w ciąże, nawet o miesiączce dowiedziałam się jak już zaczęłam krwawić. Mam o to ogromny żal do rodziców. Jak już wpadłam, to nawet nie wiedziałam że istnieje takie rozwiązanie jak aborcja. Obie ciąże były zagrożone, mimo iż zawsze byłam zdrową i silną kobietą. Wyniszczyły moja psychikę i moje ciało. Każda była niepewna, leżałam w szpitalach, miałam dwie cesarki. Oto dowód na to że ciąża nie jest żadnym błogosławieństwem dla kobiety.

Dziś jestem innym człowiekiem. Od początku wychowuję swoich synów zupełnie sama, bez niczyjej pomocy, od patologicznego męża uciekłam z jednym dzieckiem na ręku a drugim w brzuchu. Od samego początku ciąża była dla mnie stanem najgorszym jaki w życiu poznałam. Przez te wszystkie lata miałam straszne pretensje do siebie, do rodziców, do świata i do losu że do tego doszło. Chwilami nienawidziłam swoich dzieci za to że się pojawiły. Że przez nie straciłam siebie i swoje życie. Do tej pory nie jestem z tym do końca pogodzona. Odkąd się urodziły moje życie stało się jednym wielkim pędem za pracą i zarobkiem by je utrzymać. Tak jest do dziś. Od dawna wiedziałam, że kolejna ciąża równa się aborcja albo samobójstwo. Przez całe lata widok ciężarnej kobiety wzbudzał we mnie współczucie, takie silne i prawdziwe. Tak bardzo jej współczułam że jest w tym obrzydliwym stanie, najobrzydliwszych ze wszystkich!!

Pech chciał że zaszłam w ciążę jakieś półtora roku po drugim synu, totalny jakiś przypadek, nawet nie jestem pewna z kim. Byłam wtedy przed rozwodem, leczyłam depresję, bo mąż z nową kochanką gnębił mnie i całą moją rodzinę doprowadzając nas do destrukcji.

Stało się, wpadłam. Ktoś mi wtedy pomógł finansowo i dało się wtedy kupić w internecie arthrotec. Nie pamiętam jak się to odbyło. Bolało… i to było bardzo traumatyczne, bo byłam zupełnie sama, słaba, w depresji i od 22 lat wmawiano mi że aborcja to zabójstwo! Te chore przekonania doprowadziły do wyrzutów, koszmarów itd. Ale minęło. Przez te wszystkie lata moje myślenie zmieniło się o 180 stopni. Otworzyłam umysł i pozbyłam się wszystkich chorych przekonań oraz piętna, jakie zostawił we mnie chory wpływ kościoła. Jestem kobietą w pełni świadomą, radzącą sobie w każdej sytuacji. Utrzymuję siebie i swoich synów sama i świetnie sobie radzę. Od tamtej pory miałam bardzo niewielu partnerów – do łóżka wpuszczam jedynie tych, z którymi się wiąże na dłużej. Przez długie lata brałam tabletki, ale rozstałam się po 8 latach z partnerem i stwierdziłam ze nie ma sensu ich brać. I tak z nikim nie sypiałam.

Dwa lata temu poznałam w Londynie mężczyznę z którym wiązałam dosyć spore nadzieje. Dużo mówił o rodzinie, o dziecku itd. Nie powiedziałam mu od razu że nigdy więcej nie urodzę. W miarę rozwoju relacji zaczęłam dojrzewać do tego, że może akurat kiedyś jeszcze mogłabym się na to zdecydować. Zaczęło mi bardzo zależeć na nim i na tym związku, łapałam się czasem na tym, że po cichu marze że stworzymy jeszcze rodzinę i będziemy mieli wspólne dzieciątko. Nie zabezpieczaliśmy się, ale uważaliśmy i mieliśmy pewność że wszystko jest dobrze.

W listopadzie tego roku miałam zaplanowaną operację wymiany implantów piersi, czekałam na nią bardzo niecierpliwie i bardzo w tym czasie o siebie dbałam – żeby do operacji wszystko było idealnie. Tak wypadało że dzień po operacji lub nawet w ten sam dzień miałam dostać miesiączkę, ale lekarz powiedział że spokojnie, podczas okresu możemy operację przeprowadzić. Na szczęście okres nie przyszedł w dzień operacji, co wtedy bardzo mnie ucieszyło. Brzuch pobolewał, no i piersi oczywiście, ale wszystko zwaliłam na operacje. Okres się opóźniał kolejny dzień i kolejny… byłam pewna że to efekt narkozy i organizm jest rozchwiany i że lada dzień wszystko wróci do normy. Ale okres nie nadchodził. Od operacji minęło 18 dni. Czyli ponad dwa tygodnie okres się spóźniał.

Kupiłam test i wyszedł pozytywny. Myślałam że zemdleję. Zadzwoniłam do partnera, mówił że no raczej nie ma takiej możliwości, doskonale pamiętał każdy nasz stosunek i ciąża była niemożliwa dosłownie. Ale test mówił co innego. Następnego ranka pobiegłam na badanie krwi – beta hcg wskazywało na wczesną ciąże – 3 tydzień. Potem tego samego dnia poszłam na usg i wtedy już miałam w ręku trzy niepodważalne dowody na ciąże. Lekarz określił nawet prawdopodobny dzień zapłodnienia i po przeanalizowaniu wszystkiego okazało się, że tego dnia z partnerem kochaliśmy się namiętnie po dwutygodniowej rozłące i najwyraźniej straciliśmy pełną kontrolę. Na dodatek uświadomiłam sobie że w dniu operacji byłam już w ciąży – narkoza, operacja, antybiotyk… masakra.

Boże co ja przeżywałam!!!!!! Płakałam jak bóbr. Bałam się powiedzieć wprost partnerowi że chcę to usunąć, ale w trakcie rozmowy wyczułam szybko że on też tego dziecka nie chce. Wtedy zaproponowałam że zamówię tabletki, że są organizacje które pomagają kobietom w takich sytuacjach. I że zrobię to w Londynie, u niego w mieszkaniu, przy nim. Ustaliliśmy że zrobimy to razem. A w razie konieczności udamy się do lekarza bo w UK można aborcje przeprowadzić u normalnego lekarza rodzinnego.

Niestety partner bardzo mnie zawiódł. W momencie gdy miałam przylecieć tak jak się umawialiśmy – on poleciał na zagraniczne wakacje ze swoim szefem i jego rodziną. Zostałam zupełnie sama. Dolegliwości ciążowe tak mi już dokuczały że miałam ochotę się ciąć. Zabić się. Płakałam non stop. Zaczynałam czuć się jak słoń. Nie miałam siły wchodzić po schodach. Całe dnie i noce miałam potworne mdłości, jedzenie przestało smakować. Żadne tabletki nie pomagały. Czułam się cały czas jak w koszmarnym śnie, jakby to się działo poza moją świadomością. Boże, co za obrzydliwy stan, jak ja go nienawidzę!!!!!!! Tego się nie da opisać. Wpadłam w taką depresję że zaczęłam się o siebie bać. Myślałam tylko o tym żeby to coś oddało mi moje ciało, moje życie, moją psychikę.

Tabletki szły jakieś 10 dni, przyszły na kilka dni przed moim wylotem do Londynu. Miałam przeprowadzić zabieg dopiero dwa tygodnie po otrzymaniu tabletek, bo w Londynie czekała mnie jeszcze absorbująca praca. Niestety moje ciało zaczęło nie wytrzymywać tego stanu psychicznie i fizycznie. Odpornośc spadła do zera, rozchorowałam się potwornie, a w połączeniu z depresją i poczuciem że zostałam zupełnie sama – to było ponad moje siły. To był najgorszy czas w całym moim życiu. Całym. Do pracy się nie nadawałam, więc przeleżałam te kilka dni w bólu, żalu i zalewając się łzami. Wreszcie nadszedł zaplanowany wyczekiwany dzień. Opłakany, wyśniony. Z tym, że byłam zupełnie sama, w wynajętym mieszkaniu i w obcym kraju. Zupełnie sama ze swoim potwornym żalem i bólem. Nie umiem i nigdy nie będę umiała wybaczyć temu mężczyźnie że tak się zachował. Chciałam żeby umarł – bo wtedy jego zachowanie byłoby usprawiedliwione i mogłabym wybaczyć. Inaczej nie dam rady. Dla mnie umarł, choć to boli.

Tego dnia mijał 7 tydzień mojej ciąży licząc od dnia zapłodnienia, tylko ten sposób liczenia jest dla mnie realny i prawdziwy. Bałam się że coś pójdzie nie tak, że się wykrwawię, że będą komplikacje a ja nie mam nawet jednej osoby do której mogłabym zadzwonić. NIKOGO. Do szpitala też bym nie pojechała bo nie miałam jak. Byłam zdana zupełnie na siebie, ale w głębi serca wiedziałam jak silną kobietą jestem. Ile w życiu dostałam po dupie i ile razy się podniosłam. Ile razy zostałam sama – oszukana i porzucona.

Do zabiegu przygotowywałam się psychicznie od samego początku, traktowałam to jako moje wybawienie. Tylko fizycznie miałam obawy. Niestety u mnie mifepriston wywołał bardzo silne efekty uboczne. Połknęłam go o 19:00 w piątek. W sobotę od rana wymiotowałam i miałam zawroty głowy. Cały dzień. Nie do wytrzymania. Myślałam że wypluję wnętrzności. Już wtedy wiedziałam że będzie ciężko. Próbowałam pić napar z imbiru, ale to nic nie dało – wszystko zwracałam. Niestety nie udało mi się kupić nic przeciwwymiotnego, ale przypuszczam że i tak wszystko bym zwróciła. Leżąc i uważając by nie zwymiotować dotrwałam do momentu przyjęcia misoprostolu. Koło 18:00 zaryzykowałam i wzięłam jeszcze ibuprom. O 19:00 wzięłam w policzki po 2 tabletki miso na każdą stronę i czekałam. Ich smak był niefajny, mdły, niedobry, cała uwagę musiałam skupić na tym by nie zwymiotować. Udało się, minęło 30 min, poruszałam językiem by się rozpuściły do końca i popiłam trochę wodą.

Po jakiejś godzinie zaczęłam czuć silne dreszcze i delikatne bóle w podbrzuszu. Następnie zwymiotowałam z 10 razy. Koszmar. Płaczę i wymiotuję, patrzę w lustro i myślę sobie – ja pierdolę, jak nie pójdzie dołem to to wypluję, przysięgam. Było ciężko. Potem przyszła okropna biegunka. I tak naprzemian z wymiotami. Po około 3-4 godzinach zaczęły się silne bóle okolicy lędźwiowej i piekące skurcze. Najbardziej czułam plecy dołem, dużo bardziej niż brzuch. Niestety ten nieszczęsny ibuprofen zwróciłam zanim zdążył zadziałać, więc ból czułam silny. Koło 23:00 wydaliłam pierwszy duży skrzep. Potem dwa kolejne. Potem znowu jakieś. Nie widziałam w żadnym z nich nic poza krwią. Ale były na tyle duże i na tyle je czułam gdy wychodziły, że mogło w nich być wszystko. Krwawiłam jedynie gdy wydalałam te skrzepy, w międzyczasie na podpaskach niewiele było krwi. Po około 5 godzinach od przyjęcia misoprostolu skurcze zaczęły powoli ustępować. Były już rzadkie, choć nadal bolesne – głównie w okolicy lędźwiowej kręgosłupa. Czułam że się udało. Że najgorsze już za mną.

Poleżałam spokojnie jeszcze z godzinę i poczułam głód. Poczułam normalny głód!!!!! Jakaż byłam szczęśliwa!!!! Było koło północy, ale dostawy w Londynie hulają cała dobę więc zamówiłam zestaw z Maca i zeżarłam go z wielka chęcią, mimo że ciało całe i ręce trzęsły mi się jeszcze jak szalone!!! Potem usiadłam w półleżącej pozycji i czułam jak bardzo zmęczone mam mięśnie brzucha, pleców, ud. Całe ciało było wykończone. Ale ja płakałam… ze szczęścia. Płakałam i dziękowałam za odzyskanie SIEBIE. Za to że wytrzymałam. Że dałam radę. Że odzyskałam kontrolę. Zasnęłam spokojnie a rano obudziłam się już bez mdłości, choć nadal słaba. Wydaliłam jeszcze jeden spory skrzep i trochę krwi się polało. Zwykłe cienkie podpaski okazały się wystarczające. Nie krwawię za wiele. Miałam przez to czasem wątpliwości że coś się nie udało, ale z każdym dniem czuję że brzuch wraca do normy, ze macica się obkurcza.

Niestety cała sytuacja wpłynęła bardzo źle na moje ogólne zdrowie – po powrocie znów się rozchorowałam, jeszcze długo potrwa zanim odzyskam siły i wrócę do zdrowia. W obrębie półtora miesiąca przeszłam operację piersi w narkozie, aborcję, ostra grypę z powikłaniami, przewlekłą anginę i najcięższą w życiu depresję. Tylko silna kobieta może to przeżyć. Jestem wielka.

Kochane moje. Nie dajcie sobie wmówić że macierzyństwo to największe szczęście dla kobiety. Że ciąża to stan błogosławiony. Że dopiero jak urodzisz dziecko to poczujesz się spełniona. Co za bzdury!!!!! Możliwe że są kobiety które się w tym spełniają, ale nie wolno wszystkich wrzucać do jednego wora. Dla mnie ciąża to najgorszy stan z możliwych, obrzydliwy, powoduje u mnie depresję i myśli samobójcze i naprawdę mało mnie interesuje co kto o mnie myśli. Moje życie, moje ciało, moje wybory, moje decyzje. Nikt niczego nie może mi zabronić ani niczego kazać. Nie chodzę na marsze i nie walczę o nic, bo wiem że i tak zawsze postąpię wg siebie a nie wg tego co dany kraj czy ustawa przewidują. Nie widzę w swoim życiu ani umyśle żadnych ograniczeń które mogłyby w jakikolwiek sposób zagrażać mojej wolności. Mamy pseudopandemię, a ja regularnie przez te lata w każdym miesiącu latam do Londynu i jakoś nie czuję by obostrzenia czy zakazy lub nakazy mnie ograniczały. Same tworzymy nasze życie.

Wiem, że moja historia trochę jest długa ale bardzo potrzebowałam wam o tym napisać. Uporałam się z tym, dziś uśmiecham się znów do ludzi, do świata, znów smakuje mi drink i jedzonko, znów widzę kolory życia i świata ❤️ I wiecie co?? Mimo że mam już swoje lata i swoją świadomość świata i ludzi – to wciąż całym sercem wierzę że czeka mnie jeszcze taka prawdziwa miłość – mężczyzna który nie zawiedzie i będzie przy mnie w najtrudniejszych momentach. A teraz jak już odzyskałam swoje życie i znów jestem W PEŁNI SOBĄ – popracuje nad tym by wybaczyć tamtemu człowiekowi i zapomnieć.

Jedna z Was i taka jak Wy.

Chcesz powiedzieć o swojej aborcji?​

Mówienie i słuchanie aborcyjnych historii ma ogromną moc. Mało co potrafi z taką siłą przegonić aborcyjną stygmę. Pamiętajcie, że wszystkie herstorie (historie) są ważne i warte usłyszenia.

Dzielenie się swoim aborcyjnym doświadczeniem może być dla pomocne, by ktosia zobaczyła, że nie jest sama.

Twoja aborcja

Jeśli jeszcze nie wyoutowałaś się przed rodziną lub przyjaciółmi z tego, że miałaś aborcję, nadal nie wiesz w jaki sposób to zrobić albo nie miałaś okazji nikomu o niej opowiedzieć: aborcyjny coming out z nami to świetna okazja, by bez presji, stygmy i oceniania opowiedzieć o swoich doświadczeniach.

Dorzuć się komuś do darmowej aborcji

Na aborcję wyślę jej:
Poczekaj!
Najlepiej walczyć o aborcje, robiąc aborcje.

Jeśli możesz, rozważ wsparcie finansowe naszych działań.

Skorzystało z nich już ponad 34 tysiące osób, którym pomogłyśmy w zorganizowaniu aborcji. Każda złotówka się liczy, gdy tak jak my robisz 94 aborcje dziennie (to niemal 4 aborcje co godzinę).