Maria:

Zawalcz o siebie!

Na początek chcę powiedzieć, że większość mojego świadomego dorosłego życia byłam przeciwna aborcji, należałam wiele lat do wspólnoty katolickiej, nawet jeszcze nie tak dawno podczas protestów powiedziałam sobie – ja bym nie usunęła ciąży, ale niech inni mają taki wybór. Uważałam, że trzeba umieć ponieść konsekwencje swoich czynów. Ostatnie 2 lata były dla mnie swego rodzaju odejściem od tego wszystkiego, nauka na nowo samodzielnego myślenia, decydowania o sobie.
Ale nawet gdy zaczął mi się spóźniać okres i żartowaliśmy z chłopakiem o ciąży, to mówiliśmy, że przecież i tak zostawimy to dziecko, jakoś sobie poradzimy, mimo że obydwu nam się nie przelewa i dopiero jesteśmy na etapie szukania wspólnego mieszkania.

A więc jak możecie się domyślić, nie jestem tutaj z byle jakiego powodu. Okresu nie było, wyszły dwa pozytywne testy – i się zaczęło. Kubeł zimnej wody na głowę. Ostatnie 2 miesiące to dla mnie istny sajgon, niepewność, tragedia, rozpływający się grunt pod nogami.
Podjęliśmy decyzję o zamówieniu tabletek ze strony WHW. Nie była to łatwa decyzja. Ona chyba nigdy nie jest łatwa. Tyle historii stoi za każdą z nas. To przerażające i piękne w pewien sposób.
– Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że będę romantyzować aborcję. –
Kontakt z WHW świetny, wszystko bardzo dobrze wytłumaczone. Dodatkowo jeszcze dużo czasu spędziłam na forum maszwybor.net i tam spotkałam się z niesamowitym wsparciem i pomocą.
Tabletki wysłane. Przyszły po dokładnie 6 dniach – wrzucone do skrzynki na listy. Czekanie na przesyłkę to naprawdę najgorszy etap tego wszystkiego. A gdy już przyjdzie – trzeba się z tym w końcu zmierzyć. Zamienić wyobrażenia i strach na realną akcję.

Zapraszam więc na wycieczkę. Odjazd!
Około godziny 17:00 wzięłam pierwszą tabletkę – mife, po której – jak już pewnie czytałaś – nic się zwykle nie dzieje. Nie w moim przypadku. Po 6 godzinach weszły tak potworne zawroty głowy, że jedynie leżenie na plecach bez jakiegokolwiek ruchu dawało trochę spokoju i pozwalało powoli zasnąć. Do tego mdłości, totalnie zepsuty humor, bo jak wcześniej miałam jeszcze całkiem dobre nastawienie, tak tutaj wszystko się zepsuło. Zaczęłam się potwornie martwić – skoro już po mifie czuję się tak źle, to co będzie na drugi dzień podczas właściwej akcji? Udało mi się w końcu zasnąć. Rano potencjalnie było lepiej, ale po chwili pojawiły się potworne mdłości i odruchy wymiotne, ogólnie straszne osłabienie organizmu. Znowu lekka panika, bo wiedziałam, że jak tak się będę czuła wieczorem przed miso, to chyba nie będę na to gotowa.

Chłopak wyszedł do pracy, zostałam sama i na szczęście powoli wszystko wróciło do normy. Przeszły zawroty głowy i mdłości. Ale pojawiło się za to krwawienie. To akurat było pozytywne doświadczenie – coś już działa.
A więc mija już około 27-28 godzin od przyjęcia pierwszej tabletki. Godzina 20:45 – czas na miso. Bez większego zastanowienia wkładam je między dziąsła, nastawiam czas i czekamy. Wcześniej już na wszelki wypadek wzięłam ibuprom max sprint. W czasie oczekiwania przygotowałam sobie butelkę z ciepłą wodą, żeby wykorzystać ją jako termofor. I chodziłam w kółko po mieszkaniu. Już po około 20 minutach zaczęłam czuć ból podobny do tego menstruacyjnego, bardziej nawet sam ten dyskomfort. Poleciało również więcej krwi. Połknęłam resztę miso i zaczęłam czuć okropne parcie w podbrzuszu, tak silne jakby cały narząd chciał wyskoczyć. Usiadłam na toalecie i poczułam jak oblewają mnie poty, podnosi mi się ciśnienie i robi mega gorąco. Do tego coraz mocniejsze skurcze. Tutaj zaznaczę, że miewam ataki paniki, więc podniesione ciśnienie i mrowienie w dłoniach spowodowały, że bardzo się wystraszyłam, niepokój tylko wzrastał. Ale jednak poza skurczami i ciągnięciem mięśni w dół nic nie było, żadnego krwawienia ani skrzepów. Wyszłam więc z łazienki, żeby przewietrzyć się na balkonie, bo czułam, że zaraz zemdleję. Chłopak patrzy na mnie i mówi, że jestem blada jak ściana. Więc szybko się położyłam, termofor na brzuch, przykryłam się kołdrą pomimo uczucia gorąca i czekam, bo nic więcej nie pozostaje. A jest to czas około 40 minut od włożenia miso między dziąsła. Chłopak każe mi się cały czas odzywać, a ja naprawdę ledwo mam siłę wypowiadać jakiekolwiek słowa. Zaproponował mi wspólne zagranie na telefonie, żeby trochę oderwać głowę. I to wam również polecam. Nie możecie zmienić danej sytuacji, ale możecie aż tak bardzo się na tym nie skupiać. I tak oto, po niecałych 10 minutach mój organizm praktycznie w 100% się uspokoił. Przeszły skurcze, zeszło uczucie gorąca, nawet mi się trochę zimno zrobiło. Humor się lekko poprawił i byłam już spokojniejsza. Ale wiedziałam, że jak się ruszę do toalety, to pewnie znowu to wszystko wróci, bo akcja musi trwać dalej. Nie miałam wyjścia, więc powoli poszłam do łazienki. Wyleciały pierwsze dwa naprawdę spore skrzepy. Jeśli macie na to chęć, odwagę, cokolwiek – polecam wziąć jakąś łyżkę czy chochlę i próbować wyłowić to, co z wpada do toalety, szczególnie w późniejszej ciąży, gdy zarodek już jest zauważalny.

Wyszłam z łazienki i – hej! – czuję się praktycznie normalnie, coś jest nie tak? Wszystko przeszło, humor wrócił, wypaliłam nawet papierosa i mnie nie odrzucił jak choćby dzień wcześniej. Poczułam znowu nacisk na podbrzuszu – znowu kolejna porcja wypłynęła. Ale tym razem wypatrzyłam około 4 centymetrową jasną galaretkę, dość charakterystyczną w porównaniu do ciemnych, prawie czarnych skrzepów. A więc to chyba już? Ale tak szybko? No ale co by to innego mogło być. A więc mija może godzina od początku akcji i już po wszystkim. Wow! Nie dociera to do nas od razu. Siedzimy niespokojni i czekamy co dalej. Ale no cóż, nic nie dzieje się dalej. Czuję zmęczone mięśnie i pojawiło się mocniejsze krwawienie. Tyle i aż tyle.

Dużo się naczytałam wcześniej, oj dużo. To też pewnie czytasz będąc w takim samym stanie jak ja jeszcze kilka tygodni temu. Jeśli podejmiesz taką samą decyzję jak ja – życzę Ci tak szybkiej akcji jak moja.
Zasypiam jakoś około 2:00 nocy. Budzę się nad ranem i czuję się naprawdę dobrze, w zasadzie jakby nic się nie stało, jakby nie było żadnej ciąży, żadnej aborcji, żadnych mdłości czy osłabienia. Jest zaskakująco dobrze.
Dzisiaj mija 4 dzień od akcji. Czuję się świetnie, odzyskałam pozytywne nastawienie, radość z codzienności, nie dokuczają mi już dolegliwości ciążowe, mogę znowu się porządnie najeść bez strachu, że to zwrócę, jest tak jak wcześniej – a nawet lepiej, bo doceniam teraz ten stan. Do tego wróciło libido i to z chyba z potrójną siłą. A wiecie jak się czuje kobieta, gdy odżywa i do tego jest podniecona – świat stoi i mych stóp, cudowny stan. Życzę go każdej z was.

Nie podoba mi się motyw gloryfikacji aborcji, ale jeżeli po niej odzyskasz swoje siły i upatrujesz w niej potworną ulgę, to go for it! Zawalcz o siebie! Naprawdę będzie lepiej. Tulę was ciepło!

Mam 25 lat, aborcja była w 8 tygodniu.

Chcesz powiedzieć o swojej aborcji?​

Mówienie i słuchanie aborcyjnych historii ma ogromną moc. Mało co potrafi z taką siłą przegonić aborcyjną stygmę. Pamiętajcie, że wszystkie herstorie (historie) są ważne i warte usłyszenia.

Dzielenie się swoim aborcyjnym doświadczeniem może być dla pomocne, by ktosia zobaczyła, że nie jest sama.

Twoja aborcja

Jeśli jeszcze nie wyoutowałaś się przed rodziną lub przyjaciółmi z tego, że miałaś aborcję, nadal nie wiesz w jaki sposób to zrobić albo nie miałaś okazji nikomu o niej opowiedzieć: aborcyjny coming out z nami to świetna okazja, by bez presji, stygmy i oceniania opowiedzieć o swoich doświadczeniach.

Dorzuć się komuś do darmowej aborcji

Na aborcję wyślę jej:
Poczekaj!
Najlepiej walczyć o aborcje, robiąc aborcje.

Jeśli możesz, rozważ wsparcie finansowe naszych działań.

Skorzystało z nich już ponad 34 tysiące osób, którym pomogłyśmy w zorganizowaniu aborcji. Każda złotówka się liczy, gdy tak jak my robisz 94 aborcje dziennie (to niemal 4 aborcje co godzinę).