Po prostu mnie oświeciło!

Zawsze byłam osoba “za wyborem”, choć nigdy nie sądziłam, że sama dokonam aborcji. Chodzę na demonstracje, krzyczę: “myślę, czuję, decyduję!” – ale do tej pory robiłam to, myśląc o mojej kilkuletniej córce. Życie zweryfikowało to i oto pojawiły się kompletnie nieplanowane, niechciane dwie kreski. Właśnie wtedy, kiedy I. zaczęła żłobkować, a ja zaczęłam wreszcie trochę odpoczywać.

Zrobiłam test i mówię do K.: że jakby miała się ta kreska druga pojawić, to już by była. I nagle wskoczyła. My obydwoje trochę w śmiech, trochę w płacz – reakcja z szoku. A w mojej głowie od razu myśl: rety, co my kurde teraz zrobimy. Jak to wszystko przyjdzie ogarnąć. I jakoś zaczęłam to układać w głowie. Dowiedziało się od razu kilka osób. Jedna mówi mi: tak zdecydował los, idź za tym. Inna: jakąkolwiek decyzję podejmiesz, popieram ją. Ostatecznie wieczorem ja i partner rozmawialiśmy i powiedział coś, co sprawiło, że zatrzymałam się na moment. Mówi: “No musisz się pogodzić, że niestety to na kobiety zwykle spada więcej” – i była to prawda. On wcale przecież nie próbował się od razu wykręcać od opieki. To był po prostu fakt i tak było przy naszej córce, która była przez pierwsze miesiące nieodkładalna kompletnie.  Teraz, kiedy miała 2,5 roku, ja zaczęłam znów biegać, czytać, szyć. Bardzo dużo pracowałam, ale czułam, że zaczynam wracać do siebie i jestem coraz bardziej pojedynczą osobą.

Po słowach K. usiadłam i aborcja po prostu na mnie spłynęła niczym oświecenie! “Kurde, ale przecież zawsze mogę zrobić aborcję” – pomyślałam i sama byłam nieco zaskoczona (ale i radosna), że na to wpadłam. Że jak to w ogóle mogło być tak “obok”, niezauważone jako dobre wyjście.

Rano powiedziałam K., co zamierzam. Jednocześnie coraz bardziej czułam, że po prostu nie: nie chcę i koniec. Drugiego dnia po teście weszłam na WHW i zaangażowałam całą procedurę otrzymania leków. Byłam w 6. tygodniu, miałam więc czas nawet na długie oczekiwania na tabletki. Niespodziewanie miałam je już po 5 dniach, ale przez sprawy zawodowe stwierdziłam, że “ogarnę” wszystko w weekend. W piątek wzięłam pierwszą tabletkę, a w sobotę włożyłam między dziąsła a policzki 4 kolejne. Była ze mną przyjaciółka, bo partner musiał zostać z chorym dzieckiem. To po prostu wydawało się najlepsze. Brat udostępnił mi swoje mieszkanie.

Trochę się bałam tej terminacji – m.in. przez mięśniaka. Wyobrażałam sobie, że krew się będzie lała, a ja się zacznę wykrwawiać. W którymś momencie uświadomiłam sobie, że boję się przez to, że u nas w kraju nie mówi się o całej procedurze. Nie ma wsparcia dla kobiet, jest tylko zastraszanie. Znajoma mi powiedziała: “bałabym się, że będę żałowała” – i właśnie ten żal ma być batem na kobiety. Bo jaka jest inna metoda, by zmusić kobietę do zmiany decyzji, niż wmówienie jej, że po aborcji wpadnie w czarną rozpacz. Strasznie mnie te słowa wkurzyły i pomyślałam, że więcej kobiet żałuje, że nie terminowało ciąży, więcej wpada w depresję przy niechcianym dziecku, niż jest kobiet, które żałują przemyślanej decyzji o aborcji.

Te myśli spływały i porządkowały wszystko w mojej głowie. W sobotę wzięłam 4 tabletki i okazało się, że wszystko przebiega dobrze. Nie zareagowałam strasznymi skurczami, wyjątkowo obfitym krwawieniem, nie zwijałam się z bólu. Cały dzień siedziałyśmy z przyjaciółką i rozmawiałyśmy o życiu, jedząc sałatkę. Po około 4 godzinach, będąc w toalecie, po prostu poczułam wypadający zarodek. Obejrzałam go dokładnie, wiedziałam, że to to. A po około 8-9 godzinach czułam się po prostu dobrze. Miałam lekkie krwawienie, ale zniknęło wrażenie takiego otępienia, nie czułam mdłości, nie byłam zmęczona. Wróciłam do domu, a rano obudziłam się wyspana i pełna sił.

Myśląc o mojej aborcji, wiem, że dzięki niej dowiedziałam się czegoś o sobie. Moja świadoma decyzja dała mi poczucie sprawczości, tego, że naprawdę zdecydowałam tu o swoim życiu. Dałam sobie szansę, sama stałam się dla siebie priorytetem.  Kilka lat temu zachciałam mieć dziecko, by sprawdzić, jak to jest być matką. Teraz doświadczyłam zgoła odmiennego uczucia, i chciałam aborcji, bo nic, co ludzkie, nie jest mi obce.