Aborcja ratuje życie – rok od wyroku TK Kasia opowiada swoją historię.

Mija rok od wydania przez tzw. Trybunał Konstytucyjny wyroku, który w zasadzie zupełnie pozbawił kobiety dostępu do aborcji – świadczenia zdrowotnego jeszcze niedawno finansowanego przez Narodowy Fundusz Zdrowia i udzielanego w publicznych szpitalach, czym zasygnalizowano boleśnie, że w Polsce kobiety nie zasługują na szacunek, mają cierpieć i milczeć, tłumione wstydem, a prawo do decydowania o własnym ciele, zdrowiu i szczęściu nie jest im pisane.

Ponad pięć miesięcy zajęło mi, by spróbować wreszcie przenieść na papier tą masę emocji, które towarzyszyły mi w mojej, trwającej niespełna trzy tygodnie drodze do aborcji. Zdecydowałam jednak, że nie będzie zbyt emocjonalnie, to nader trudne zadanie, by oddać na piśmie wszystko, z czym musiałam się zmierzyć wiosną tego roku. Uznałam jednak, że takie historie jak moja należy publikować, by pokazać innym kobietom, że nie są same i, że sytuacje takie jak te, które je spotkały zdarzają się stale i nie zniknęły z chwilą wydania w październiku 2020 r. przez Trybunał Konstytucyjny haniebnego orzeczenia.

Mam na imię Kasia, mam 33 lata, kochającą rodzinę, wspaniałego męża i 5-letnią córkę. Jesteśmy szczęśliwi. Postanowiliśmy powiększyć rodzinę – w końcu zdecydowałam się na drugie dziecko, ciężko było mi pogodzić macierzyństwo z angażującą mocno pracą adwokata. Uznałam jednak, że dam radę, chciałam też, by moja córka miała rodzeństwo.

Starania o drugą ciąże trwały kilka miesięcy. W połowie marca 2021 r. zobaczyłam dwie kreski na teście. Wiadomość ta ucieszyła nas bardzo, trudno było nam zachować ciąże w tajemnicy, szybko podzieliliśmy się tą informacja z rodziną i najbliższymi znajomymi. Pierwszy trymestr nie był łatwy, odczuwałam chroniczne zmęczenie i osłabienie, a ilość pracy w tamtym okresie nie pozwalała mi na złapanie oddechu i odpuszczenie choćby na dzień lub dwa w tygodniu. Pamiętając pierwszą ciążę pocieszałam się, że wraz z nadejściem drugiego trymestru wszystkie dolegliwości ustaną. Z lekkim niepokojem czekałam też na pierwsze badanie USG. Nie miałam szczególnych powodów do obaw, w rodzinie mojej i mojego męża nie występowały choroby genetyczne, jestem osobą zdrową, wyniki badań mojej krwi można by określić jako „książkowe”. Daleko było mi też do czterdziestki, czyli etapu w życiu kobiety, którego nadejście kojarzyłam za znaczącym zwiększeniem się prawdopodobieństwa urodzenia dziecka z wadą genetyczną. Wykluczenie chorób genetycznych płodu, a takim momentem w ciąży miało być w moim przekonaniu badanie USG, miało jedynie utwierdzić mnie w przekonaniu, że nasze drugie dziecko przyjdzie na świat zdrowe i szczęście będzie trwało dalej. Tak było zresztą w pierwszej ciąży, nie miałam więc ani złych doświadczeń, ani nie byłam osobą, którą z jakichkolwiek powodów można by było zaliczyć do grupy podwyższonego ryzyka zaistnienia ciężkiej nieuleczalnej wady płodu.

W dniu 11 maja 2021 r. wykonujący badanie USG lekarz, niebędący lekarzem prowadzącym moją ciąże, poinformował mnie jednak, że wykrył nieprawidłowość – zbyt szeroką jak na wiek płodu przezierność karkową i zalecił dalszą diagnostykę.

Lekarz zasugerował wykonanie testu PAPPA a następnie ewentualnie amniopunkcji lub badań genetycznych – jak to określił, „na co mi portfel pozwoli”. Po opuszczeniu gabinetu wykonałam test PAPPA – dowiedziałam się że na wynik należy czekać około tydzień.. Po konsultacji z moją lekarką w tym samym dniu zdecydowałam się wykonać test genetyczny – czas oczekiwania to około 10 dni. Wtedy rozpoczął się koszmar.

Wbrew moim pierwotnym zamiarom, nie poświęcę temu etapowi zbyt wiele uwagi. Nie potrafię tego zrobić, próbując powrócić do okresu oczekiwania na diagnozę, odnoszę wrażenie, że wyparłam te wspomnienia. Może jest to po prostu zbyt trudne i nie chcę do tego wracać, wiedząc teraz, że wszystko skończyło się pomyślnie – to znaczy na tyle dobrze na ile było to możliwe w sytuacji, jaka nam się przytrafiła. Diagnoza okazała się bowiem jednoznaczna, płód był uszkodzony, stwierdzona wada to Trisomia 21 czyli Zespół Downa. Pamiętając jednak uczucia, jakie mi wówczas towarzyszyły, wiem że oczekiwanie było znacznie gorsze niż niekwestionowany wynik obu testów, który pogrzebał nadzieję, że może szczegółowe badania wykluczą najgorszy scenariusz.

Skłamałabym przekazując, że nadszedł wówczas moment podjęcia decyzji. Prawdopodobnie niektóre kobiety, które spotkała taka sytuacja zastanawiają się, czy urodzić chore dziecko, czy przerwać ciążę. Ja wiedziałam, że jedynym właściwym wyjściem z tej sytuacji jest aborcja.

Najgorsza była bezradność wynikająca ze świadomości, że nikt w Polsce mi nie pomoże, żaden lekarz nie podejmie się usunięcia ciąży na tym etapie i nie zaryzykuje, by mi pomóc. Zderzenie z rzeczywistością było okrutne. Jedynym kontaktem dającym nadzieję na wyjście z tej sytuacji była Aborcja Bez Granic.

Znam języki obce – niemiecki i angielski, miałam pieniądze na zabieg i wspierającą emocjonalnie rodzinę. To już wiele, biorąc pod uwagę, że nie każdy znajduje się w tak komfortowej sytuacji. Kompletnie nie wiedziałam jednak, jak zacząć działać. Nie miałam nawet świadomości, że funkcjonują kliniki zajmujące się wyłącznie wykonywaniem zabiegu terminacji ciąży.

Z uwagi na etap ciąży (16 tydzień) miejscem gdzie mogłam dokonać aborcji bez wykazywania, że płód jest uszkodzony, co za granicą mogłoby zająć trochę czasu, były Holandia, Belgia i Wielka Brytania. Po nawiązaniu kontaktu z Aborcją Bez Granic, której członkinie zareagowały na mój apel natychmiastowo, dowiedziałam się o istnieniu trzech klinik na terenie Holandii, gdzie wykonuje się zabieg przerwania ciąży w drugim trymestrze. Korzystając z przekazanych danych i w porozumieniu z ANĄ Amsterdam, zadzwoniłam do kliniki w Amsterdamie, gdzie w ciągu kliku minut udało mi się umówić w języku niemieckim zabieg na poniedziałek 31 maja. Świadomość, że jest nadzieja na zakończenie tego etapu sprawiła, że odetchnęłam z ulgą. Następnie, po kilku godzinach zadzwoniłam do Utrechtu, gdzie zaproponowano mi zabieg w piątek 28 maja. Już we wtorek wieczorem pojechałam do Holandii. Zabieg odbył się w piątek około godziny 14, trwał krótko i był całkowicie bezbolesny. Chwilę przed jego rozpoczęciem aplikacja telefoniczna zakomunikowała mi, że właśnie rozpoczynam 17. tydzień ciąży. Wszystko odbyło się pod narkozą, po zabiegu przebywałam około pół godziny na sali pooperacyjnej, a po tym czasie bez problemu wstałam, ubrałam się i byłam gotowa do opuszczenia kliniki. Personel był miły, uprzejmy, wyrozumiały i pomocny.

Nie odczuwałam żadnego bólu, jedynie olbrzymią ulgę. Ten dzień uważam za koniec mojego koszmaru, co oczywiście nie oznacza, że to co przeżyłam odeszło w zapomnienie i nie jest stałym towarzyszem moich codziennych myśli. Nie żałuję, że dokonałam aborcji, wręcz przeciwnie, jestem przekonana, że była ona najlepszą rzeczą, jaka mogła mnie spotkać w tej niezmiernie trudnej sytuacji.     

Zdecydowałam się napisać ten tekst, ponieważ wiem, jak bardzo w tym trudnym, choć krótkim okresie mojego życia potrzebowałam rozmowy z kimś, kto przeżył coś podobnego. Miałam przeróżne myśli, w tym obawy, ze wrócę z Holandii w plastikowym worku. A przecież jestem matką. Przerażała mnie świadomość, że coś może mi się stać. Nie wiedziałam, jak wygląda zabieg, obwiałam się powikłań i bólu. Nic takiego nie wystąpiło, a mój organizm jest gotowy na ponowne zajście w ciążę i wierzę, że jeszcze uda mi się urodzić zdrowe dziecko.

Podpisuję się stanowczo pod hasłem Abortion saves lives, dziękuję Aborcji Bez Granic za udzieloną pomoc i ściskam mocno wszystkie kobiety, trwające w oczekiwaniu na zakończenie ciąży i zmuszone poczuć, jak ciężko jest żyć w kraju, w którym ludziom odmawia się podstawowej i koniecznej pomocy medycznej.