Film „Nieplanowane” to antyaborcyjna propaganda.

Do polskich kin wchodzi właśnie film „Nieplanowane”. Niektóre polskie media informują, że film przedstawia „prawdę o aborcji” a scenariusz ma być inspirowany prawdziwą historią byłej pracownicy amerykańskiej sieci klinik Planned Parenthood. Ponieważ dostajemy od Was coraz więcej pytań o to, jak odpowiadać na argumenty przedstawione w filmie, postanowiłyśmy rozprawić się z mitami przedstawionymi w tej amerykańskiej produkcji. 

Główną bohaterką jest Abby Johnson, była kierowniczka kliniki PP w Teksasie, która przeszła „niezwykłą” przemianę i pod wpływem kryzysu sumienia stała się przeciwniczką aborcji. Brzmi ujmująco, prawda? Niestety poza historią osobistej przemiany film funduje nam stek kłamstw i mitów na temat aborcji i stał się atrakcyjnym i skutecznym narzędziem do wprowadzania kolejnych lokalnych antyaborcyjnych zapisów w USA.

W jednej ze scen główna bohaterka obserwuje na ekranie USG aborcję w trzynastym tygodniu ciąży. Wspólnie z nią możemy zobaczyć, jak płód „ucieka” przed narzędziami. Według lekarek wykonujących zabiegi przerywania ciąży scena ta jest absolutnie nierealna. 

Całkiem niedawno redakcja Huff Post zrobiła wywiad z Jen Villavicencio, ginekolożką i położniczką, która przerywa ciąże, a jej historia jest odwrotnością tej z filmu „Nieplanowane”. Villavicencio również przeszła przemianę, ale z nastoletniej przeciwniczki aborcji stała się lekarką przerywająca ciąże, a przemiana zadziała się podczas studiów medycznych. Villavicencio w artykule Huff Post skomentowała scenę „uciekającego płodu” w następujący sposób: „Pomysł, że płód odwróci się, okaże strach lub spróbuje uciec przed rurką medyczną jest naprawdę szczerym kłamstwem, wszystkie dowody wskazują, że nie jest to możliwe”.

Przypominamy bardzo ważny fakt: według American College of Obstetricians and Gynecologists płód nie ma zdolności fizjologicznej do odczuwania bólu do co najmniej 24. tygodnia ciąży. 

Nie da się oprzeć wrażeniu, że twórcy filmu chcą zostawić widzów_widzki z wrażeniem, że aborcja to ogromny przemysł i sposób na zarabianie pięniędzy. Chciałybyśmy przypomnieć, że w USA aborcja nie jest finansowana z publicznych środków, a zabiegi są rzeczywiście dosyć drogie i stają się coraz droższe. Jest to skutek antyaborcyjnych decyzji politycznych i pełnej prywatyzacji opieki zdrowotnej. Celem  prywatyzacji zwłaszcza tego obszaru opieki zdrowotnej jest przede wszystkim zmuszenie osób do kontynuacji niechcianej ciąży i wynika to wprost ze stygmatyzacji aborcji, ale również ją wzmacnia.

Nie masz 500 dolarów na aborcję? Nie będziesz jej mieć. Ale to nie jest decyzja kierownictwa klinik, jak usilnie próbuje wmówić nam film. To decyzja polityków, którzy podejmują decyzje, że kliniki mają się samofinansować. Większość osób pracujących w amerykańskich klinikach aborcyjnych od lat podnosi te kwestie i alarmuje, że aborcja musi być darmowa dla pacjentek i finansowana przez pieniądze publiczne, bo przerwanie ciąży to kwestia bardzo klasowa. Prezentowanie pracowników i pracowniczek klinik jako osób nastawionych wyłącznie na zarabianie pieniędzy wydaje nam się skrajnie nieuczciwe. 

Fakt, że aborcja to dobro luksusowe, nie tylko w USA, jest oczywiście bardzo dużym problemem i jedną z podstawowych barier w dostępie do przerywania ciąży. Problemu tego jednak nie stanowi aborcja sama w sobie. Odpowiedzią na tę kwestię jest dążenie do tego, żeby aborcja była dostępna, najlepiej darmowa, a nie jeszcze większe jej ograniczanie.

Kolejnym problemem jest dramatyzacja aborcji. Oglądając film trudno nie odnieść wrażenia, że oglądamy horror z elementami science-fiction. 

Aborcja może być bardzo różnym doświadczeniem. Wszystkie badania naukowe potwierdzają, że aborcja jest bezpieczna, że jest nawet bezpieczniejsza od porodu.

Film „Nieplanowane” serwuje nam jednak wizję aborcji jako czegoś zawsze dramatycznego, jako niezwykle bolesnego i krwawego doświadczenia. Możemy zobaczyć płaczące pacjentki i niewrażliwy personel medyczny, który krzyczy, przytrzymuje osoby siłą.

Wspomniana wcześniej ginekolożka Jen Villavicencio tę dramatyzację aborcji skomentowała następująco: Większość osób bardzo dobrze przechodzi aborcje w pierwszym i drugim trymestrze ciąży, a kliniki stosują leki od znieczulenia miejscowego do narkozy w celu opanowania bólu.”

Co bardzo ważne, Villavicencio dodała, że aborcje chirurgiczne są w większości wyjątkowo krótkimi procedurami i trwają od trzech do dziesięciu minut, a większość lekarzy i lekarek tłumaczy osobom w trakcie zabiegu, co będzie działo się z ich ciałem przez te kilka minut. 

W jednej ze scen możemy zobaczyć, jak lekarz celowo nie udziela pomocy pacjentce i nie wzywa pogotowia ratunkowego, bo chce uniknąć „złej sławy”. Ojciec pacjentki zostaje okłamany a pacjentka otrzymuje środki psychoaktywne, by nie pamiętać co się zadziało. 

Warto pamiętać, że poważne komplikacje podczas aborcji są bardzo rzadkie i występują rzadziej niż podczas porodu. 

„Aborcja jest jedną z najbezpieczniejszych procedur medycznych w Stanach Zjednoczonych a prawdopodobieństwo powikłań jest mniejsze niż przy kolonoskopii lub ekstrakcji zęba mądrości”.” – powiedziała Villavicencio w rozmowie z HuffPost. 

Co więcej aborcja prawie zawsze przynosi ulgę oraz bywa doświadczeniem bardzo wzmacniającym. Ta perspektywa jest całkowicie pominięta w filmie. Długoletnie doświadczenie klinik PP w USA to także takie pacjentki, bohaterka filmu na pewno je widziała, ale zdecydowała się o nich nie mówić. 

Niewątpliwie celem filmu jest przedstawienie lekarzy i lekarek pracujących w klinikach aborcyjnych jako osób jednoznacznie złych, pozbawionych empatii, które żartują z pacjentek, z bólu i oferują aborcję wszystkim osobom w ciąży. Efekt jest dosyć groteskowy. Kontekst amerykański jest jednak nieco inny. To właśnie w USA lekarze i lekarki wykonujący aborcje stają się celem gróźb, prześladowań czy nawet ataków z bronią. W ciągu ostatnich dwudziestu lat co najmniej trzech lekarzy zostało zastrzelonych przez fanatycznych przeciwników aborcji. 

Na koniec coś co może jest oczywiste, ale jednak warte podkreślenia. Aborcja była, jest i będzie, a modlitwa jej nie zakończy. Główna bohaterka mówi, że 75% pacjentek nie pojawia się na zabiegu, gdy zobaczy pod kliniką grupę osób modlących się. Według Jen Villavicencio nie jest to prawdą, a przedostanie się do kliniki z koniecznością minięcia grup modlitewnych wpływa jedynie na samopoczucie pacjentki, jej autostygmę i samoocenę. 

Obejrzałyśmy ten film, żebyście Wy nie musiały tego robić. Nie warto, naprawdę.