Jesteśmy za aborcją.

Raz na jakiś czas słyszymy, że feministki nie są „za aborcją, tylko za wyborem”. Jakby bycie za aborcją było obraźliwe i wykluczało nas z grona feministek.

Agata Chełstowska już w 2011 roku pisała, że “najbardziej problematyczne jest to, że feminizm, który za najwyższą wartość uznaje “wybór” znajduje się niebezpiecznie blisko natury konsumpcyjnej. (…) wybór to hasło używane w każdej reklamie, slogan kapitalizmu (…) Realna sytuacja kobiet wcale nie przypomina hipermarketu”. Wybór alienuje osoby mniej uprzywilejowane finansowo. Inny “wybór” mają dziewczyny mieszkające w małych miejscowościach, albo zarabiające poniżej płacy minimalnej, uzależnione finansowo od swoich partnerów. Nie da się tych wszystkich niuansów społecznych nierówności sprowadzić do dwóch haseł: wybór i prawo.

“Prawo do aborcji” oznacza w zasadzie to, że musi istnieć jakieś “prawo aborcyjne”, jakiś akt prawny, który to reguluje. O kształcie naszego prawa ktoś musi zadecydować. Ustalić w wiążący sposób i usankcjonować, kiedy ono przysługuje, a kiedy nie, jakie warunki mamy spełniać i – przede wszystkim – kiedy można nam odmówić. To bardzo dużo władzy nad naszymi ciałami. Potem ktoś musi to prawo realizować. Prawo aborcyjne w praktyce jest samo w sobie antyaborcyjne, bo sankcjonuje wyjątki, dodatkowe wymagania, warunki odmowy wykonania zabiegu, ograniczenia czasowe, wiekowe itd. Daje zbyt dużą możliwość ograniczania tego “prawa” do aborcji, które niby daje i reguluje. I ciągle jest polem i okazją do rozgrywek o to, ile tego prawa dać, a ile tak naprawdę odebrać. Prawo do aborcji staje się faktycznie prawem o tym, jak do tej aborcji jednak nie dopuścić.

Często słyszymy, że mówienie “jestem za aborcją” oznacza nakaz. Takie przekonanie potwierdza, że “aborcja” ciągle jest czymś wyjątkowym, z czym należy się cackać.

Czy mówienie “jestem za in vitro” oznacza, że jesteśmy za tym, by wszystkie ciąże powstawały z in vitro? Albo “jestem za małżeństwami jednopłciowymi”, oznacza, że nastąpi koniec hetero małżeństw? Albo “jestem za porodami domowymi”, oznacza nakaz rodzenia w domu? Albo jestem za adopcją dzieci przez pary jednopłciowe, znaczy że tylko te pary mogą adoptować, albo nakaz adopcji?

Mówienie “jestem za aborcją” jest nie tylko potrzebne, aby wreszcie ją docenić i znormalizować, ale też stało się konieczne właśnie dlatego, że ciągle słychać to “jestem przeciwko aborcji”.

Być może określenie “za aborcją” wydaje się zbyt daleko idącym skrótem myślowym, ale warto się zastanowić, dlaczego właśnie w odniesieniu do aborcji te skróty myślowe są niedozwolone. Już nawet “za eutanazją” tak nie dziwi, bo wiadomo, że nie chodzi o żaden przymus. A aborcja ciągle wymaga tłumaczenia. To wszystko dlatego, że jest uważana za coś złego, nawet przez osoby deklarujące poparcie dla “wyboru”.

Mówienie “jestem przeciw aborcji” oznacza nie tylko osławione “sama bym nie zrobiła, ale..”, które jest już wystarczająco stygmatyzujące. Oznacza przekonanie, że aborcja to coś złego i nie powinno jej być. Bycie przeciwko czemuś oznacza chęć wyeliminowania tego z otaczającej rzeczywistości. A aborcja nie jest niczym złym i nie tylko nie da się jej wyeliminować, ale też nie ma takiej potrzeby.

Mówienie “jestem za aborcją” oznacza dla nas coś jeszcze. Oznacza, że stoimy po stronie aborcji – po stronie zabiegu medycznego, który daje sprawczość, wolność, możliwość realnej realizacji tego “wyboru”, który tak gloryfikujemy.

Czym byłby wybór bez faktycznej możliwości bezpiecznego przerwania ciąży? Gdyby nie aborcja, ten wybór byłby tylko pustym frazesem, którym tak naprawdę się staje w ustach przeciwniczek aborcji. Aborcja jest zabiegiem medycznym, który sprawia, że nie jesteśmy zakładniczkami własnej płodności. Jest dobrem, z którego możemy, ale nie musimy, korzystać. Podobnie jak wiele innych osiągnięć medycyny. Nie rozumiemy, dlaczego miałabyśmy być temu “przeciwne”. Mówimy “jestem za aborcją”, żeby docenić i wyrazić wdzięczność, że jest i możemy ją robić, kiedy potrzebujemy. I walkę o to, aby faktycznie każda osoba miała taką możliwość.

Rozumiemy, że tego typu argumentacja ma na celu przekonanie nieprzekonanych, że feministki to nie jakieś “oszołomki”, które “nienawidzą mężczyzn i najchętniej pozbyłyby się wszystkich dzieci”. Ale czy naprawdę musi się to odbywać kosztem tych z nas, które mają doświadczenie aborcji? Czy naprawdę przekonywanie do feminizmu musi nieść za sobą mówienie tym wszystkim osobom “zrobiłaś coś złego”? My nie chcemy być takimi feministkami.

Powtarzanie, że chodzi nam o „wybór”, “prawo” a nie o aborcję, skupianie się na zapobieganiu aborcji i wymazywaniu słowa na „a” i zastępowaniu go wyborem jest myśleniem życzeniowym, które daje złudne poczucie, że przeciwnicy i przeciwniczki aborcji spojrzą na nas łaskawiej, a osoby, które są nieprzekonane, dostrzegą w naszych intencjach troskę. Zobaczą, że w przeciwieństwie do fanatyczek i fanatyków anty-choice jesteśmy zrównoważone emocjonalnie i kierujemy się rozsądkiem, że chodzi nam o to, by aborcji było jak najmniej i daleko nam do radykalizmu. Jakbyśmy były i byli gwarancją rozejmu w tym toczącym się sporze. Sęk w tym, że nie jesteśmy i nie będziemy tymi rozjemczyniami. My przynajmniej nie chcemy nimi być. Ważniejsza jest dla nas solidarność z tymi osobami, które mają doświadczenie aborcji i nie chcą słuchać o tym, że jest zła a inne siostry feministki by jej sobie nie zrobiły. Chcemy mówić “nie jesteś sama” i “aborcja jest ok”. Chcemy działać na rzecz realnego dostępu do wszystkich świadczeń reprodukcyjnych, wspierać się w aborcji, poronieniach, porodach i wszystkich innych decyzjach reprodukcyjnych.

I tak naprawdę bliżej nam do niefeministek, które mówią “jestem za aborcją” niż do tych, które deklarują się jako feministki i mówią “jestem przeciw”.

Jesteśmy za aborcją wtedy, gdy jest potrzebna, a ona, była, jest i będzie potrzebna. Nigdy nie wiesz kiedy będzie potrzebna Tobie. Tak samo jak za aborcją, jesteśmy za faktycznie dostępną chemią czy transplantacją narządów dla osób tego potrzebujących. Jesteśmy feministkami.

ADT

Ilustracja Liberal Jane