Chrzanimy wasze prawo! Wszystkich nas nie zamkniecie.

Udajemy, że aborcji nie ma, że dzieją się gdzieś tam nie wiadomo gdzie, nie solidaryzujemy się ze sobą, rozliczamy się z własnych decyzji, kłócimy o to, czy aborcja to temat na bluzkę, demonizujemy domowe aborcje i używamy stygmatyzującego języka de facto mówiąc o tym, że aborcja jest zła, bo tylko „wybór jest OK”.

USA, 1967 rok. W Chicago powstaje Kolektyw Jane. Członkinie kolektywu, wśród których wiele miało wykształcenie medyczne, uczą się samodzielnie przerywać wczesne ciąże metodą próżniową. Między rokiem 1969 a 1973 przeprowadzają około jedenastu tysięcy nielegalnych aborcji pod nazwą „Zabieg z Jane”. Na przekór obowiązującemu w tamtych czasach w USA zakazowi aborcji. Jednak wraz z upływem czasu grupa staje się alternatywą dla bardzo rozbudowanego podziemia aborcyjnego, w którym zabiegi są przeprowadzane w niebezpiecznych warunkach, nierzadko skutkujących śmiercią kobiet. Sześć lat później zliberalizowano prawo antyaborcyjne w USA, które funkcjonuje do dzisiaj. Prawo to jest dalekie do ideału, bo prawda jest taka, że każde prawo aborcyjne, jest co do zasady antyaborcyjne, bo ma na celu tworzenie barier w dostępie i zawsze zostawia kogoś w tyle, kogoś nie obejmuje, kogoś pomija, a czasem nawet krzywdzi. Amerykańskie ruchu proaborcyjne dziś już nie posługują się sloganem „aborcja powinna być legalna i bezpieczna”, teraz krzyczą, że aborcja musi być darmowa i faktycznie dostępna. Aborcja jest OK. Aborcja to normalny zabieg medyczny.

Irlandia, 2015 rok. W trasę rusza aborcyjny bus, akcję koordynuje organizacja Rosa. Na pokładzie busa jest gabinet ginekologiczny, lekarka i tabletki aborcyjne. Wszystko to w kraju, w którym aborcja jest nie tylko nielegalna, ale też kryminalizowana. Za przerwanie swojej ciąży i za wykonanie aborcji osobie w niechcianej ciąży grozi 14 lat więzienia, a ochrona życia poczętego wpisana jest do konstytucji. Aborcyjny bus kończy podróż, ale też rozpoczyna dyskusję o aborcji farmakologicznej i aborcyjnej turystyce do Anglii. Marzec 2017 rok – grupy skupione wokół Strike For Repeal organizują liczne protesty i strajki, nie idą do pracy, blokują mosty, żądają referendum. W styczniu 2018 roku irlandzki parlament ogłasza, że na wiosnę Irlandki i Irlandczycy zdecydują o tym, czy otworzyć dyskusję na temat aborcji.

Polska 2018. Dla wielu osób identyfikujących się jako pro choice aborcja nie jest OK, a w sejmie trwa kolejna próba zaostrzenia jednej z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych. Posłowie będący za zakazem, reprezentanci Ordo Iuris w trakcie komisji sejmowej cytują dr. Bodnara, prof. Dębskiego. Zrozpaczony poseł Budka krzyczy do posłów PIS, że przez nich będzie liberalizacja „kompromisu”.

Parę dni temu w ramach amerykańskiej kampanii 1 na 3 odbył się panel „What if Roe Were to Go now!”. Wsród zaproszonych była Judith Arcana –jedna z członkiń kolektywu Jane. Na pytanie o to, czemu zdecydowała się na tę działalność odpowiedziała: „Bo tak trzeba było, zresztą wtedy aborcja to nie było coś wstydliwego, kobiety przerywające ciąże nie słyszały zewsząd, że to coś niemoralnego albo że są morderczyniami”.

Podziemie z lat 60 tych z USA nie jest już tym samym podziemiem. Nielegalna aborcja w Polsce też już nie przypomina mrocznego filmu „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni.” Czasy wieszaków, domestosów, skakania ze schodów czy chirurgicznych zabiegów w pokojach hotelowych są minione, choć ciągle często wykorzystywane jako argument w dyskusji aborcyjnej. Najgorsza w nielegalnych zabiegach jest ich cena, która mocno filtruje, kto może z niej skorzystać oraz to, że przylgnęła do niej łatka niebezpieczeństwa. Nie ma dyskusji o aborcji, w której, by nas nie straszono niebezpiecznymi środkami z internetu. I robią to najczęściej Ci i Te, które chcą „chronić” nasze prawa. Nie oczekujemy, że staniecie się ekspertkami w aborcji farmakologicznej, ale przestańcie chociaż straszyć. W cieniu tych dyskusji my przerywamy ciąże, zamawiamy bezpieczne tabletki z internetu, dzwonimy do Kobiet w Sieci, jeśli nas stać, to wybieramy słowacką klinikę. Piszemy do Cioci Basi, czy pytamy koleżanek o lekarza/lekarkę, która nam pomoże. To nie podziemie jest naszym największym problemem. Problemem jest prawo, które sprawia, że aborcja jest luksusem, problemem jest to, że aborcja traktowana jest przez większość jako zło konieczne, podczas gdy jest dobrem publicznym. Problemem jest to, że ciągle tyle osób daje sobie prawo do oceniania czyichś wyborów, do decydowania, który z powodów do aborcji jest tym bardziej akceptowalnym i racjonalnym.

Nadal nie stawiamy na solidarność, tylko negocjujemy z politykami, czy – o zgrozo – nawet kościołem i pozwalamy im sprawować nad nami władzę i nadal wierzyć, że to, jakie jest prawo, faktycznie wpływa na to, czy robimy aborcję. Udajemy, że aborcji nie ma, że dzieją się gdzieś tam nie wiadomo gdzie, nie solidaryzujemy się ze sobą, rozliczamy się z własnych decyzji, kłócimy o to, czy aborcja to temat na bluzkę, demonizujemy domowe aborcje i używamy stygmatyzującego języka de facto mówiąc o tym, że aborcja jest zła, bo tylko „wybór jest OK”.

Przede wszystkim zaś bronimy prawa, które nam to zło zrobiło. Nazywamy radykalnymi rozwiązaniami zachowawcze projekty liberalizacji. Boimy się mówić o tym, że chcemy wolności aborcji, a aborcja na żądanie jest problematycznym stwierdzeniem. Nie mówimy otwarcie o tym, że zawsze będziemy je robić, oburzamy się, że jak to „jedna na trzy”, zapominamy, że są nas miliony – tych, które mają za sobą to doświadczenie. Straszymy się prokuraturą i więzieniem, gdy nieliczne z nas otwarcie mówią o tym, że sobie wzajemnie pomagamy i pomagać będziemy.

Wizję zaostrzenia ustawy określamy „piekłem kobiet”. A zapominamy, że już teraz aborcja z powodu wady płodu to procedura nieludzka i uwłaczająca. Nie da się tego procesu przejść szybko, po ludzku, bez poniżenia i upokorzenia. Bo w obecnym prawie nie chodzi o to, żeby aborcja w tym przypadku  była faktycznie dostępna. Chodzi o to, żeby nam zamknąć usta i żebyśmy uwierzyły, że mamy jakieś prawa. Jak widać jest to skuteczne.

Fakt, że ta przesłanka w prawie jest, pozwala wielu osobom spać spokojnie. Bo nie mamy „tu jeszcze Salwadoru” i możemy udawać, że to działa. Nie działa. W całej tej dyskusji wokół „zaostrzenia” brakuje jasnego komunikatu o tym, że znamy te realia. Że obowiązujące prawo nas przed „piekłem” nie chroni. Ono je tworzy.

My – gdy słyszymy o tym, że nam zabiorą jakieś prawo – mamy wrażenie, że żyjemy gdzieś indziej. Bo zabrano nam je 25 lat temu. A nasze społeczeństwo od tych 25 lat udaje, że to się nie stało. I że mamy prawo do aborcji w tych trzech przypadkach, podczas gdy jest to bzdura. Wiele z nas w ogóle nie otrzymuje tego świadczenia, inne wywalczają je tygodniami, z pomocą prawniczek, przechodząc przez ogrom stygmy, upokorzeń i łamania wszelkich praw na każdym kroku. Kiedy w końcu udaje się wywalczyć, jesteśmy tak zmęczone, że nie próbujemy dochodzić sprawiedliwości. Wszak te, które próbowały, do tej pory mierzą się z atakami. Wielu z nas wręcz się wydaje, że to się musi tak odbywać, a skoro już w końcu się „udało”, to trzeba po prostu to przyjąć i nie upominać się o więcej. To jest to prawo, którego teraz tak bronimy. Naprawdę właśnie tego chcemy? Żeby nam tego nie zabierać? Nie mamy w zasadzie nic, a udajemy, że mamy cokolwiek do zabrania. I że nasz los jest teraz w rękach polityków. Podczas gdy już od dawna jest tylko w naszych rękach.

Naszym największym problemem jest to, że nie jesteśmy po swojej stronie. Po naszej stronie nie jest Adam Bodnar mówiący o tym, że aborcja nie jest prawem człowieka, po naszej stronie nie jest Aleksandra Klich (wicenaczelna „Gazety Wyborczej”), prof. Dębski, który bardzo wybiórczo traktuje prawo do przerywania ciąży (odmówił zabiegu Alicji Tysiąc). Po naszej stronie nie jest posłanka Scheuring-Wielgus, która uważa, że aborcji powinno być jak najmniej, a przerwanie ciąży to największy dramat. Po naszej stronie nie są osoby, które uważały, że Natalia Przybysz zmarnowała potencjał Czarnego Protestu i do dziś wypominają jej „za małe mieszkanie”. Po naszej stronie nie jest Nowoczesna, która chce się przypodobać uczestniczkom Czarnego Protestu i proponuje wprowadzić kopię niemieckiego prawa antyaborcyjnego. Po naszej stronie nie jest i nigdy nie była Platforma Obywatelska. Wy będziecie uchwalać to swoje prawo, a my będziemy je łamać, bo nie zostało nam już nic do stracenia. Bądźmy ze sobą solidarne i pomagajmy sobie w aborcjach. Bo aborcja jest OK!

Kto jest po naszej stronie? Ciocia Basia, Kobiety w Sieci, Abortion Network Amsterdam, Women Help Women, Aborcyjny Dream Team, możesz być i Ty. Ty też możesz być Jane. Czas na nową strategię oporu: solidarność i pomoc w aborcji. Koniec ze straszeniem. Czas powiedzieć – chrzanimy wasze prawo! Wszystkich nas nie zamkniecie, będziemy je łamać, będziemy je obchodzić, będziemy sobie radzić i będziemy sobie pomagać. Tak jak robimy to teraz. Znajdziemy sposób, także dla tych, które potrzebują aborcji w II trymestrze ciąży. Już formułuje się nowa grupa w Holandii, niedługo będzie o niej głośno. Przede wszystkim zaś – nie zostawimy się nawzajem. Nie zostawimy siebie i Was samych. Nawet jeśli pomaganie i solidarność będą wymagały łamania prawa.

Natalia Broniarczyk, Karolina Więckiewicz

Tekst oryginalnie został opublikowany na portalu Codziennik Feministyczny