Już po wszystkim…

Nadszedł ten dzień, gdy mogę powiedzieć, że jest już po wszystkim. Jeszcze 62h temu obawiałam się, czy się uda… Czy to wszystko zadziała i czy uda mi się wybrnąć z sytuacji w jakiej się znalazłam. Zegar tykał. Decyzja podjęta już dawno, ale trafiliśmy na oszusta zamawiając pierwszy zestaw z jakiejś podejrzanej strony, lecz tylko tam udało nam się cokolwiek na ten temat znaleźć. Zaczęłam się poddawać i zastanawiać dokąd uciec, do kogo się zwrócić, zwłaszcza, że w tym chorym kraju w którym żyjemy jest coraz ciężej mówić o takich decyzjach.

Całe szczęście trafiliśmy na WHW i ADT. Na początku nie wierzyłam w autentyczność tabletek, które w końcu zamówiłam, ale przekonałam się, że to jest to, gdy poczułam pierwszy skurcz. To była naprawdę ostatnia nadzieja, bo sytuacja życiowa nie mogła pozwolić nam w tym momencie na tę ciążę. Nigdy nie byłam przeciwna aborcji, ale taki temat wydawał mi się bardzo odległy. Nie sądziłam, że dotknie mnie i sądziłam, że akurat ja – zawsze podejmę decyzję o donoszeniu ciąży. Niestety – życie to zweryfikowało. Nie będę opowiadać dlaczego i skąd jednak u mnie taka decyzja, bo każdy ma własne powody i ostatecznie decyzję również musi podjąć taką, aby była w zgodzie z jego sumieniem czy rozumem. W każdym razie, jestem już po.

Co czuję teraz? Ulgę. Niesamowitą ulgę i szansę na lepszą przyszłość. Poczułam, jak spada ze mnie olbrzymi ciężar, który ciążył na mnie w ostatnich tygodniach. Czy coś jeszcze? Czy mam negatywne myśli? Myślę, że miałam wystarczająco dużo czasu aby mentalnie się do tego przygotować. Sądziłam jednak, że mimo tej gotowości – po wszystkim poczuję się jakoś źle, ale tak nie jest. Rozważając wcześniej wszelkie za i przeciw – tych argumentów, aby podjąć tę decyzję było znacznie więcej.

Co czułam przed? Stres. Stres, który wziął się z tego, że ból porodowy nie jest mi obcy. Przeżyłam wcześniej poród i choć wspominam go cudownie, obawiałam się, że w domowych warunkach – nie zniosę podobnego bólu, że usłyszy mnie całe sąsiedztwo, że nie obejdzie się bez pomocy medycznej… I stres związany z tym, że do końca obawiałam się, czy otrzymane tabletki nie okażą się “fejkiem”.

A co czułam w trakcie? Po pierwszej tabletce – praktycznie nic. Wzięłam ją rano. Po pracy. Poszłam spać. Jedynie pod wieczór poczułam delikatne mdłości. Wieczorem stres zaczął narastać, pojawiły się jeszcze większe obawy o to, czy zniosę to fizycznie. Jakby nie patrzeć – przez te zawirowania z wcześniej zamawianymi tabletkami (od oszusta) – była to już dosyć zaawansowana ciąża. Z nerwów nie spałam pół nocy. Po dokładnie 24h przyjęłam cztery kolejne tabletki według instrukcji. Po 20 minutach już od ich przełknięcia – poczułam pierwsze, delikatne skurcze. Wtedy dotarło do mnie, że to “zaczyna się dziać”. Początkowo bóle były jak na miesiączkę (miewam dosyć bolesne, więc jestem raczej odporna już na ten ból). Trwało to do wieczora, stawały się coraz silniejsze. W międzyczasie przyjęłam kilka tabletek przeciwbólowych. Wieczorem, po ostatniej dawce ibupromu, gdy skurcze nasiliły się do tego stopnia, że porównałabym je do delikatnych skurczy z początkowej fazy porodu – tabletki zaczęły działać i zasnęłam. Przed snem pojawiła się na podpasce delikatna stróżka krwi. Przebudziłam się kilka razy w nocy, ale nie bolało mnie wówczas nic. Trochę mnie to zestresowało, ale zmęczona całodziennymi skurczami finalnie zasypiałam ponownie. Obudził mnie budzik, nastawiony znowu na godzinę 7:00, czyli na kolejną dawkę tabletek. Kolejne cztery umieszczone miedzy dziąsłem a policzkiem. Tabletki ostatniej szansy. Wzięłam książkę i czekałam na rozwój sytuacji. Znowu bóle pojawiły się w tym samym momencie, ale już od razu z tym większym natężeniem. Czytałam dalej. Ból się nasilał, pojawiła się też brązowa wydzielina. W krytycznym momencie zawołałam partnera, który dzielnie przez ten cały czas zajmował się naszymi dziećmi i regularnie zaglądał do mnie (ustaliliśmy, że jestem na tyle silna, że będę potrzebowała go tylko na samym finale). Podał mi ostatnią dawkę leków przeciwbólowych. Skurcze były już bardzo bolesne, naprawdę – natężenie było takie jak przy porodzie. Ale było ich chyba 5-7. Przeżyłam to. Przy ostatnim skurczu musiałam wstać – tak mi podpowiedział organizm. Poczułam okropny nacisk w podbrzuszu i wtedy poczułam, że za moment odejdą płyny owodniowe. W ostatniej chwili zdążyłam zdjąć bieliznę. Dobrze, że wcześniej odpowiednio się przygotowałam, zatem wiaderko wyłożone workami i ręcznikami papierowymi sprawdziło się idealnie. Przeraziłam się, zastanawiając się ile to jeszcze potrwa i zawołałam ponownie partnera. Był wtedy obok. Podawał mi wszystko o co prosiłam. Jesteśmy już razem na tyle długo i nasz związek jest na takim etapie, że nie ma dla nas tematów tabu. Jestem też silną babką, można rzec, że kobietą z jajami. Nie potrzebowałam zatem trzymania za rękę, ale jego wsparcie i zadaniowość jaką w życiu sie kierujemy była mi najbardziej potrzebna. Szybko uprzatnęliśmy wiaderko z płynami i przygotowaliśmy kolejne w taki sam sposób. Bolesnych skurczy już nie było. Poczułam jedynie pracę mięśni tam na dole. Poczułam, że kulminacyjny moment nadchodzi. Pierwszy skurcz. Poszło prawie w całości. Drugi skurcz – ewidentnie to juz było to. Trzeci skurcz – łożysko się również wydostało. A więc jest po wszystkim. Czy cokolwiek widzieliśmy? Nie. Zabezpieczyliśmy się olbrzymią ilością ręczników papierowych, zatem zaoszczędziło nam to prawdopodobnie bardzo nieprzyjemnych czy wręcz traumatycznych widoków. Moje doświadczenie z porodówki pozwoliło mi na tyle poznać swój organizm, że doskonale wiedziałam co dzieje się ze mną na poszczególnych etapach. Wsparcie partnera – pomogło usprawnić cały ten proces, aby był jak najłatwiejszy dla mnie i dla niego. Wiedzieliśmy jak to będzie wyglądać, dobrze się przygotowaliśmy. I to był nasz klucz do sukcesu, dzięki temu zachowując zimną krew udało nam się uniknąć paniki, pokonać ból i rozwiązać nasz problem raz na zawsze.

Jest już 12h po wszystkim. Krwawienie jest dosyć duże, ale to wiadome – macica musi się zagoić. Ból już minął, choć jeszcze parę godzin temu odczuwałam dyskomfort w podbrzuszu. Zaraz kładę się spać. Stuknęła właśnie godzina 22:00. To będzie moja pierwsza od wielu tygodni spokojna noc. Noc, w trakcie której nie będę się zastanawiać, co będzie jutro, a co będzie za kilka miesięcy. To będzie noc, w której pierwszy raz od dawna poczuję się wolna.

Dziewczyny, kobiety. Nie namawiam Was do niczego. Zdecydujcie same. Powiem tylko, że w moim przypadku naprawdę było warto. Dzisiejszy dzień zmieni naprawdę wiele dla mnie. Dzisiejszy dzień zmieni moją przyszłość. Na lepsze.