Odzyskałam sens i radość życia

Od 9 lat jestem szczęśliwą matka. Bliżej mi 40 niż 30. Powiększenia rodziny nigdy nie planowałam a w obecnej sytuacji politycznej paraliżuje mnie wręcz ta myśl. Jest mi idealnie tak jak jest. Jestem świadoma swojej sytuacji, oraz potrzeb własnych i mojej rodziny. Wiem czym pachnie macierzyństwo. Zwłaszcza to wczesne. I dziękuję, ale nie chce już więcej. Jestem spełniona jako matka i kobieta :). Więc pora na realizację na innych płaszczyznach mojego życia, co odkładałam przez ostatnie 9 lat.

Ale niestey zdarzylo się. Dwie kreski, były tylko formalnością bo od miesiąca czułam sie fizycznie tam chujowo, że moglo być to konsekwencja zapłodnienia. W każdym razie widząc dwie kreski czułam się dziwnie. Nie chciałam znowu tego przerabiać. Od razu wiedziałam bez cienia watpliwosci jaka decyzję będę musiała podjąć. Na szczęście wiedziałam co robić – dzięki ABT i ich aktywności w sieci (dziękuję 🙏). Wysłałam maila natychmiast. Od razu dostałam odpowiedź. Później został już tylko paraliżujący strach, ze tabletki nie dojdą na czas i że nie zdążę w porę przeprowadzić aborcji. Czekanie nie było dobrym okresem mojego zycia. Dobijała mnie bezsilność. Nie mogłam sobie w żaden sposób ulżyć

Od ponad 20 dni ciąży czułam się fizycznie tragicznie. Codziennie mdłości i zgaga sprawiały że miałam ochotę strzelić sobie w łeb. A w takim stanie musiałam wysiadywać 8 godzin w wymagającej pracy a po niej zajmować się dzieckiem. Przed 21 padalam wyczerpana spać. Całe moje życie straciło sens. Ograniczyłam się do absolutnego minimum, byle przetrwać. Odbębnić pracę, w miarę ogarnąć dziecko i isc spać, żeby przyspieszyć upływ czasu.

Na szczęście po 10 dniach przyszły tabletki, ale musiałam poczekać 3 dni na weekend. Rano wzięłam pierwsza tabletkę i choć fizycznie nic nie czułam, to psychicznie poczułam się bardzo silna. Pierwszy raz od prawie miesiąca czułam że działam, robię coś, zaczynam odzyskiwać kontrolę nad moim ciałem i życiem. Poczułam że decyduje i coś robię. Drugiej porcji tabletek bardzo się obawiałam. Nie rodziłam naturalnie, mimo że nie mam niskiego progu bólu, ale instynktownie czułam, że to nie jest opcja dla mnie. Mimo krytyki otoczenia w tamtym czasie, teraz wiem że podjęłam dobra decyzję “kupujac” cesarkę, bo proces poronienia farmakologicznego przeszłam fizycznie dość ciężko. Czytalam dużo historii dziewczyn na temat bólu i choć były one kojące nie chciało mi się w nie wierzyć, brałam poprawkę ze może boleć trochę mocniej. I tak u mnie niestey było. Kiedy wzięlam pierwsza dawkę 4 tabletek i minęła godzina od kiedy się one  rozpuściły, zaczęło boleć mocniej niż przy okresie ale znośnie. Cieszyłam się że proces się zaczyna i to dawało mi sile. Sybko zaczęłam brać ibuprom, żeby nie dopuscic do nasilenia się bólu. Chodziłam i leżałam na zmianie. Wiem że lepiej chodzić, ale z czasem już nie mogłam. Było coraz gorzej ale nadal do przeżycia. Po 3 godzinach musiałam wziąć druga dawkę. W międzyczasie dość mocno już lala się krew, pojawiły się wymioty i biegunka. Drugiej dawki tabletek nie byłam w stanie utrzymać w ustach całe pół godziny, bo wymiotowałam już z bólu. Musiałam sobie zrobić przerwę a później znowu je włożyłam między dziasla i policzki. Kiedy w końcu się udało, i je połknęłam, ból w dosłownie kilka sekund powalił mnie na kolana. W życiu nie czułam tak mocnego bolo. Nie wiedziałam co mam że sobą zrobić. Nie mogłam leżeć, nie mogłam chodzić, nie mogłam myśleć. Chciałam jechać do szpitala, żeby podłączyli mi dożylnie jakieś środki przeciwbolowe ale miałam świadomość że to ok 20 min od domu autem i że nie dam rady. Panicznie się bałam ze jeszcze kilka minut i nie dam rady. Zemdleje. Pojedynczy skurcz trwał wieczność (ok 30 sekund) a odpuszczal na niecale 5 sekund. I to trwało pewnie około 10 minut. Krążyłam między sypialnia i łazienka, instynktownie starałam się przyjmować pozycje jakie są zalecane kobietom do porodu, starałam się kontrolować oddech, ale później już tylko leżałam, jakbym miałam umrzeć, czując że nie daje już rady. W końcu usiadlam na toalecie i starałam się “wypchnąć” siła mięśni cokolwiek “tam” w środku jeszcze jest. Bolało jak cholera ale w końcu chlusnelam mocno krwią, jak z kranu, i… Ból minął. Jak ręka odjal. Nie bolało już nic. Ekstazą. Ulga. Koniec. Uśmiech na ustach i uczucie, że to już chyba TO i skończyła się meka. Do wieczora spokojna wewnętrznie leżałam i chodziłam. Wrócił mi smak. Apetyt. Skonczyly się mdlosci i zgaga. W nocy spałam jak dziecko, choć bardzo bałam się zasnąć, myśląc że dostanę krowtoku lub coś mi się stanie. Na szczescie rano czułam się już dobrze.

(Mam żal, że nigdzie nie trafiłam na wypowiedzi mówiące, że aborcja może boleć znacznie bardziej niż “trochę mocniej” niż miesiączka. Wg mnie to był ból bliski tego porodowego.)

Pojechałam rano na zakupy na śniadanie szczęśliwa jak nigdy. Świat nabrał kolorów. Oddychałam pełna piersią. Poczułam, to co instynktownie wiedziałam już dawno, że patriarchalny męski świat oklamywal mnie przez całe moje dorosłe życie. Powinnam mieć wyrzuty sumienia, depresję, syndrom postaborcyjny. A ja czuje się jak bym wygrała w totka. Wszystko stało się takie piękne. W ciągu jednego dnia odzyskałam dosłownie wszystko. Wolność. Radość. Uśmiech. Lekkość. Pełen oddech. Nigdy tak nie doceniałam tego co mam jak po dokonanej aborcji. Przestalam być więźniem własnego ciała i życia, oraz oczekiwań społecznych. Znowu stałam się kobieta oraz matka dla mojego dziecka. Znowu mogę żyć i planować.

Cały czas mam jednak poczucie klęski. I panicznie boję się sytuacji, kiedy będę musiała ponownie dokonać aborcji na własną rękę Aborcja farmakologiczna powinna odbywać się pod okiem i opieka lekarza. Kobieta nie powinna szukać informacji w internecie, czytać historii innych kobiet, oraz sprawdzać czy to co czuje i przechodzi jest na pewno prawidłowe czy niebezpieczne i warto zwrócić się po pomoc medyczna. Kobieta nie powinna zwijać się z bólu lezac samotnie w łóżku. Żyjemy w średniowieczu. Odmawia się ludziom z macicami prostego zabiegu medycznego, skazując je na fizyczne i psychiczne cierpienie.