Aborcja wyzwoleniem

Cześć, kochana!

Skoro czytasz ten tekst, to prawdopodobnie zastanawiasz się nad przerwaniem ciąży albo jesteś już po i bardzo przeżywasz. A może po prostu jesteś badaczką ludzich dusz i losów. W każdym razie opowiem Ci o swoim doświadczeniu aborcji maksymalnie szczerze i treściowo. Dzisiaj jest mój czwarty dzień po zabiegu, więc wszystkie wrażenia są świeże. Podzielę swą opowieść na takie części:

  1. Jak u mnie przebiegła aborcja – aspekty fizyczne.

  2. Dlaczego podjęłam taką decyzję.

  3. Jak się przygotowałam do tego, jak wszystko zorganizowałam.

  4. Jak się czułam przed i po.

 

1. Jak u mnie przebiegła aborcja – aspekty fizyczne

Przeddzień około 8 połknęłam tabletkę mifepristonu. Nie poczułam tego dnia nic poza zwykłymi objawami ciążowymi – miałam poranne nudności, całodniową słabość, czasami czułam lekkie skurcze w brzuchu, nie bolesne. Byłam normalnie w pracy.
Następnego dnia około 8 zażyłam lek przeciwwymiotny. Około 9 wzięłam ibuprofen, po czym włożyłam między dziąsła a policzki 4 tabletki misoprostolu i trzymałam przez 30 minut, po czym połknęłam resztki, popijając wodą. Były gorzkawe.
Już w ciągu pierwszej godziny pojawił się ciągnący ból w podbrzuszu – do wytrzymania, ibuprofen działał nieźle. Czułam też większą słabość. Głównie leżałam albo pół leżałam, próbowałam oglądać film. Dwa razy oddałam stolec, na podpasce były tylko niewielki brunatne plamki.

Po około dwóch godzinach zwymiotowałam. Poczułam zimno. POłożyłam się przy grzejniku, okryłam się kocem i spróbowałam zdrzemnąć. Brzuch już prawie nie bolał. Nie wiem, ile czasu poleżałam tak w półśnie, może 1,5 h. Usiadłam, poczułam głód. Zjadłam jogurt. Zaczęło mnie niepokoić, że nie krwawię, jak należy.

Wstałam – i krew poleciała. Kichnęłam – i coś większego ze mnie wypadło. Była to substancja biaława o konsystencji galaretki, zniekształcona, w ilości 2-3 łyżek. Może łożysko, nie jestem pewna. No i cała podpaska krwi. Wzięłam prysznic. Było już po południu, czułam się znacznie lepiej, poczułam, że najgorsze chwile już za mną, i tak rzeczywiście się okazało.

Po prysznicu sama zrobiłam sobie sałatkę i zjadłam z wielkim apetytem. Po jakimś czasie poczułam, że ból wraca – wzięłam drugi ibuprofen, bo już można było – minęło 4,5 h od pierwszego. Ból znów ustąpił. Pisałam do przyjaciółki, czułam się niezniszczalna. Krew i tkanki wychodziły falopodobnie –  nie ma, nie ma i raptem wytryskuje się cała podpaska czy nawet więcej. Było u mnie tak w sumie 2-3 razy.

Za drugim czy trzecim wyszedł pęcherzyk płodowy. Miał rozmiar około 2-3 cm, był przezroczysty i dość mocny. W środku widać było malutki zarodek, który wcale nie przypominał żadnej znanej mi istoty, jak by 1,5 cm jakieś jasnej linki. Ten widok wcale mnie nie przeraził, nie wywołał w ogóle silnych emocji, tylko się ucieszyłam, że oto na pewno już jest po ciąży. Razem z nim wyszło pewnie całe endometrium – sporo tkanki krwistej.

Po 16 już zbierałam się do domu (aborcję przeprowadzałam u przyjaciółki). O 17 byłam w domu z rodziną, nikt by po mnie nie poznał (i rzeczywiście nie poznał), że przeżyłam aborcję.

 

2.Dlaczego podjęłam taką decyzję

Opiszę swoją ogólną sytuację. Mam 32 lata. Moja ukochana, zaplanowana, chciana i nawet stosunkowo długo oczekiwana córka ma 4,5 roku. Mam zdiagnozowaną depresję, biorę leki przeciwdepresyjne, chodzę na psychoterapię. Mój mąż od 2 lat jest chory na nowotwór, jest w trakcie leczenia od kilku miesięcy, jest bardzo wyniszczony, obecnie waży 43 kg (kiedyś 75), jest odżywiany przez PEG, głównie leży i potrzebuje całodobowej opieki. Już tego chyba wystarczy, żeby zrozumieć, że to nie jest najlepszy czas, aby urodzić drugie dziecko.

Ale powiem więcej. Już dawno temu postanowiliśmy z mężem, że nie chemy kolejnych dzieci, jeszcze przed jego diagnozą onkologiczną i moją diagnozą psychiatryczną, Po prostu poczuliśmy oboje, że dla nas wszystkich, całej naszej rodziny, będzie lepiej, jeśli zostaniemy przy jednym dziecku. To jest świadoma decyzja dwóch dorosłych kochających się na wszajem ludzi z 14-letnim stażem ślubu.

Powiem jeszcze więcej. Nie mogę brać antykoncepcji hormonalnej, bo za każdym razem, po każdym takim leku miałam te czy inne działania uboczne, które były dla mnie nieznośne. Ostatni raz to było właśnie nasilenie depresji. Jaki sens brać leki antykoncepcyjne, jeśli po nich nie to że nie chcesz seksu, tylko w ogóle nie chesz żyć? A prezerwatywy? Może śmieszne, ale mi nacierają i też psują całą przyjemność. Spirala? Psychicznie nie wytrzymam obecności w moim ciele jakiegoś postronnego przedmiotu. A słyszałam też nie jedną opowiedź o powikłaniach z tymi spiralami. Cóż począć?

Sterylizacja! Ta myśl olśniła mnie parę lat temu, kiedy uświadomiłam sobie, że cały mój problem z niskim libido wiąże się prawdopodbonie z ogromnym strachem zajścia w ciążę. Jednak pani ginekolog mnie rozczarowała informacją, że w Polsce nie robi się tego na życzenie pacjentki. No trudno. Pozostaje tylko w ogóle nie uprawiać seksu. Co w końcu i praktykowaliśmy z mężem przez dobre (oj, niedobre) 8 miesięcy mojego depresyjnego “dołu”, przez które nie zabiłam się jedynie dla córki.

Powiem jeszcze więcej, ostatecznie dobiję Cię swą szczerością. Po półroku całkowitej niezdolności mojego ukochanego męża do samodzielnej egzystencji nie wytrzymałam psychicznie, szukałam przeróżnych rozwiązań – alkohol (o, duuuużo alkoholu), trawka, psychoterapia (magiczne pigułki od psychiatry cały czas, się wie), bdsm praktyki na boku, czułam się totalnie pogubiona, zdezorientowana, nieadekwatna. I w końcu przytrafił mi się kochanek, do którego się wzajemnie przywiązałam. I trochę straciłam głowę, byłam nieostrożna co do antykoncepcji chociaż by metodami ludowymi, z których wcześniej korzystałam z mężem i które mnie nie zawiodły nigdy (zdradzę swój patent, to irygacja pochwy natychmiast po stostunku, tylko że z kochankiem nie robiłam tego natychmiaat, a czasami po paru godzinach, no i wpadka).

Otóż, miałam niechcianą ciążę z kochankiem przy ciężko chorym mężu. Niezła historyjka, prawda?

No i dopiero zaczęło mi się układać życie zawodowe i muzyczne (moja pasja od dzieciństwa, a od niedawna mam własny zespół – marzenie życia).

Wybrałam spokój rodziny, rozwój zawodowy, realizację w muzyce i osobistą swobodę zamiast 9 miesięcy dolegliwości ciążowych, rodzenia niechcianego dziecka i w dalszym ciągu zatrucia życia jemu i sobie i wzsytskim.

 

3. Jak się przygotowałam do tego, jak wszystko zorganizowała

Na zdjęciu profilowym znajomego znajomych na FB zobaczyłam wlepkę “Potrzebujesz aborcji? Zadzwoń 222922597”. Zadzwoniłam. Pokierowali mnie na stronę www.womenhelp.org. Wypełniłam ankietę, dotyczącą mojej ciąży i stanu zdrowia, wpłaciłam polecaną darowiznę 75 euro, otrzymałam potwierdzenie od współpracującego w fundacji lekarza, że w moim przypadku dopuszczalna jest farmakologiczna aborcja w warunkach domowych. Parę dni później otrzymałam  wiadomość, że przesyłka z tabletkami została wysłana (poprosiłam o wysłanie na adres kochanka, żeby w domu nie wywołać podejrzeń). Docierała dość długo, bo całe 20 dni, kosztowało to trochę nerwów, ale w końcu dotarła!

Umówiłam się z przyjaciółką, która nie ma dzieci, a mąż chodzi do pracy, a ona zdalnie studiuje, więc w godzinach roboczych mieszkanie jest puste, a ona jest do dyspozycji na wszelki wypadek. Poprosiłam też o obecność kochanka, bo mi zależało, żeby był blisko w tym trudnym dla mnie momencie. Zaplanowałam to na piątek, żeby w domu udać, że idę do pracy (w pracy mam elastyczny harmonogram i mogę nawet pracować zdalnie), a przed sobą żeby mieć weekend na ostateczne dojście do siebie – na wszak wypadek. Ułożyłam listę potrzebnych rzeczy, żeby w dniu X niczego nie zapomnieć. Zabrałam ze sobą:

  • tabletki aborcyjne
  • ibuprofen
  • paracetamol (można brać na zmianę z ibuprofenem w razie potrzeby, ale u mnie nie doszło do tego)
  • lek przeciwwymiotny
  • ręcznik
  • szlafrok
  • 2 paczki dużych podpasek
  • dwie pary majtej na zmianę (obie się przydały)
  • dużą ceratkę (aby nie pobrudzić pościel u przyjaciółki)
  • jedzenie i picie (moje ulubione, lekkostrawne, szybkie i łatwe w przygotowaniu)
  • laptop i książkę (do rozrywki i odwrócenia uwagi od bólu, jeśli nie będzie aż tak bardzo źle – przydało się)

Przebieg już opisałam wyżej. Za dwa tygodnie zrobię jeszcze USG macicy, żeby upewnić się, że tam wszystko jest ok.

 

4. Jak się czułam przed i po

Moja pierwsza reakcja na zatrzymkę miesiączki i na test ciążowy, zrobiony na 4 dzień zatrzymki (ale bardzo dokładny drogi test elektroniczny, pokazuje nawet tydzień ciąży – polecam, komu zależy) – lekceważąca. Chyba tak do końca nie uświadomiłam sobie wszystkiego i byłam trochę w szoku, więc psychika się broniła przed uświadomieniem wpełni. Nawet żartowałam z kochankiem na temat “szczęśliwego rodzicielstwa”. Decyzja o aborcji była natychmiastowa, nawet jeszcze przed zajściem w ciążę tak sobie postanowiłam, że gdyby do tego doszło, to zrobiłabym aborcję. No i nie miałam ani chwili wątpliwości.  Na jakiś moment miałam dziwaczne uczucie radości – mimo że wiedziałam, że tę ciążę usunę, to jednak sam fakt zapłodnienia od kochanej osoby był w pewnym sensie miły. Tegoż dnia, kiedy zrobiłam test, od razu zamówiłam te tabletki od womenhelp i miałam nastrój a la “zaraz szybciutko wszystko załatwię i zapomnę”.

Druga faza była kryzysowa. Nastąpiła po paru dniach. Nagle poczułam całą powagę sytuacji, uświadomiłam wszystkie ryzyka, poczułam się samotnia, zagubiona, zakłamana, porzucona, odcięta od całego świata. Bałam się, że przesyłka nie dotrze, bałam się za siebie – jak zniosę to fizycznie, co jak wszystko się odkryje przed rodziną, miałam nie wiadomo skąd nagle tysiąc zarzutów do kochanka, karciłam siebie, że jestem taka głupia, że dopuściłam się do ciąży itd. itp. Kochanek martwił się o mnie, ale nie umiał mnie wesprzeć. Coś wiem na temat psychologii ludzkiej, więc nie wątpiłam, że naprawdę chce mi pomóc, tylko że nie wie, jak. Więc wzięłam się w garść, otarłam łzy i napisałam dla niego punkt po punkcie, co czuję i czego potrzebuję. Tak, tak, po prostu wzięłam i nauczyłam go, jak mnie wspierać prawidłowo, czyli tak, żebym to czuła.

Jak tylko partner zaczął dawać mi odpowiednie wsparcie, którego go nauczyłam sama, natychmiat poczułam ulgę. Zrobiło mi się lekko, już nie czułam się bezbronnie i niczego się nie bałam. Naprawdę, to jest bardzo ważne. Jeśli nie masz wsparcia, może po prostu poproś o nie? Wiem, chciałybyśmy, żeby mężczyzna sam z siebie, bez podpowiedzi dał nam to, czego potrzebujemy. Niestety, nie zawsze to potrafią, nawet kiedy bardzo chcą, w czym też nie ma ich winy, takie jest wychowanie, brak świadomości emocjonalnej, nawyków radzenia sobie z emocjami własnymi i obcymi.

A teraz niespodzianka – jestem wierząca. Wyznaję chrześcijaństwo w wersji prawosławnej. Dla mnie aborcja jest grzechem, jest zabójstwem. Więc najcięższe moje przeżycie, związane z aborcją, to przeżycie świadomie popełnianego ciężkiego grzechu. No i zanim zobaczyłam na własne oczy ten zarodek 8-tygodniowy, to nawet poza przekonaniami religijnymi odczuwałam to jako zabranie życia drugiej osobie. Było mi gorzko, że to robię. Było mi szkoda tego dziecka. Prosiłam go o przebaczenie. Było mi przykro, że nie potrafiłam ochronić się przed zapłodnieniem i teraz zostanę zabójczynią. Ale mając za sobą doświadczenie walki z depresją, psychoterapii, samoanalizy, głębokiej refleksji, prób wszechstronnego pogodzenia się ze sobą, potrafiłam poukładać to sobie w głowie tak, aby nie nakręcać się. Właśnie ta świadomość, mówienie ze sobą, przyznawanie przed sobą tych wszystkich uczuć i myśli, zamiast przed nimi uciekać, bardzo pomaga poradzić sobie z jakąkolwiek katastrofą.

Więc, nie będąc ogólnie fascynatką zabijania zarodków i do tego będąc osobą wierzącą i w pełni świadomą popełnianego występku duchowego, zdecydowałam, że mimo wszytsko dla mnie jako dla mnie – tej konkretnej kobiety, żyjącej to konkretne swoje życie tu i teraz – tak będzie lepiej. I przed Bogiem biorę na siebie w pęłni odpowiedzialność za swoją decyzję. Oczywiście, wolałabym być sterylizowana, niż dokonać aborcji, ale trudno. Mój najbliższy cel finansowy – uzbierać około 3000 złotych na wycieczkę do Słowacji celem sterylizacji. Takie kobiece marzenie.

Mając dosyś ostre moralne przeżywania przed aborcją, obawiałam się, że po one tylko się nasilą i że bardzo to wszystko odbije się na mojej kruchej psychice. Pisałam wiersze na ten temat. To pomaga. Art terapia. Ale wiesz co? Po – odczułam taką ulgę, prawdziwe uwolnienie! I niespodziewanie dla samej siebie poczułam się szczęśliwa. Przeżyłam to. Przeżyłam to łagodnie pod względem fizycznym. Miałam wsparcie dwóch bliskich osób pod czas aborcji domowej. Już nie jestem w ciąży, nie mam porannych nudności, nie mam ciągłego zmęczenia, jestem pełna energii, mogę kontynuować ulubioną pracę i próby ze swoim zespołem muzycznym, cieszę się życiem. A widok pęcherzyka płodowego paradoksalnie nawet zarodził we mnie wątpliwość co do tego, czy to naprawdę było zabójstwo, poczytałam jeszcze parę artykułów o rozwoju płodu w pierwszych tydoniach ciąży (na przykład o całkowitym braku komórek nerwowych w 8 tyg.) i poczułam jakoś jeszcze lżej na sumieniu.

A w nocy po aborcji miałam dziwaczny sen: byłam w więzieniu, z którego uciekłam do tak pięknego kraju, że nie da się tego opisać – wymienię tylko szmaragdową zieleń traw i mchu, których dotykałam palcami, i były osamitne, a obok płynęła lśniąca rzeka, której każdą kroplę widziałam w tak niesamowitej rozdzielczości, jak nawet w życiu tego nie widuję przez słaby wzrok.

 

Na zakończenie

Mam nadzieję, że moja tak długa opowieść Cię nie znużyła i okazała się pożyteczna.
Niezależnie od tego, jakiego wyboru dokonasz czy już dokonałaś, – szanuję Twój wybór, szanuję Ciebie i ściskam. Nie jesteś sama, a jeśli jesteś, to poszukaj w pobliżu kogoś, kogo prawdopodobnie da się nauczyć, jak Cię wesprzeć;)
Jesteś cudem. Niech to przekonanie towarzyszy Ci we wszystkim.