Ulga i złość

To była wpadka.

Od 17 roku życia, we względu na PCOS, biorę środki antykoncepcyjne. Bez nich okres pojawia się u mnie 2-3 razy do roku. Przez 8 lat brałam zarówno tabletki, korzystałam z plastrów i krążków. Dodatkowo uczulano mnie, że jeżeli zastanawiam się nad urodzeniem dziecka to powinnam zrobić to jak najwcześniej, a sam proces zachodzenia w ciążę będzie długi i będę musiała przyjmować dodatkowe leki.

Dzieci nigdy mieć nie chciałam. Żyję w wolnym związku. Z moim stałym partnerem się nie zabezpieczaliśmy – brałam tabletki + powtarzano mi przez lata, że jestem niepłodna. No i coś poszło nie tak. Ciąża. Niepłodna, na tabletkach. W ciąży.

Pierwszy test i pierwsze USG wykonałam w 8tc. Bez większych wątpliwości napisałam do ADT z prośbą o pomoc. Dwa tygodnie później otrzymałam tabletki – przesyłka z Czech, załatwiona poprzez Women Help Women.

Przeprowadziłam aborcję farmakologiczną w 10tc. Trochę bólu, dreszcze, krew i spore skrzepy. Nic przyjemnego, ale poszło szybko. Czułam, że nieco nawet za szybko. Ale po krótkiej konsultacji byłam spokojna – wygląda na to, że się udało.

Postanowiłam poczekać z wizytą u ginekologa do momentu pierwszej miesiączki. Ta się długo nie pojawiała. Cztery tygodnie po aborcji zrobiłam test ciążowy – negatywny. Pomyślałam więc, że okres zapewne się spóźnia, bo mój organizm nie może ustabilizować hormonów.

Czułam się dobrze – niemal wszystkie symptomy ciąży zniknęły. Jedyne co mi zostało to wciąż nieco powiększony biust. W przeciągu kilku następnych tygodni schudłam 4 kg i – uwaga, spoiler – mój brzuch nie dawał żadnych ciążowych oznak, wyglądał dokładnie tak jak powinien wyglądać przy mojej wadze.

Przeczucie, że coś jest nie tak, pojawiło się (teraz to wiem) w 17 tc – zaczął się ból podbrzusza (głupia ja – zakładałam niestrawność) i ciągłe zmęczenie. Postanowiłam umówić się do lekarza. Ze względu na Covid, jedną odwołaną wizytę, w gabinecie wylądowałam w połowie grudnia. Miałam przed tą wizytą sporo obaw – lekarz do którego finalnie się udałam, jest ginekologiem-położnikiem, specjalizującym się w leczeniu niepłodności – prowadzi praktykę w klinice leczenia niepłodności. Szłam do niego pierwszy raz – nie wiedziałam jakie ma podejście do tematu aborcji, a wiedziałam, że nie zamierzam zatajać próby aborcji w 10tc – nie chciałam jednak słuchać żadnych umoralniających opowieści. Jednak opinie na jego temat w internecie raczej napawały mnie nadzieją. I całe szczęście – dobrze trafiłam.

Potwierdziły się moje obawy – nadal byłam w ciąży. 19tc. Co poszło nie tak? Nie wiem. Czym były wydalone przeze mnie skrzepy? Nie wiem. Dlaczego test wyszedł fałszywie negatywny? Nie wiem.

Co do lekarza – ja w ryk, on próbuje mnie uspokoić. Że będzie dobrze, że to połowa ciąży, że dużo już za mną. Że dam radę, że to duża dziewczynka. Między wierszami rzucił też, “przykro mi, ale to zdrowe dziecko”. Nie wiem czy sobie to dorobiłam, czy chciał mi w ten sposób pokazać, że nie wskazań do aborcji z powodu wad płodu. Zostawił mi również “czystą kartę” – nie założył karty ciąży, a skierowanie na badania wypisał “poza systemem” – jeśli wrócę do tej samej placówki, do innego lekarza, to w dokumentacji będę miała tylko konsultacje ginekologiczną i USG transwaginale (bo takie zostało wpisane na skierowaniu – prywatna wizyta, więc musiałam za nie dopłacić w trakcie). Dało mi to poczucie ulgi.

Wyszłam z gabinetu zaryczana. Wkurwiona. Mój partner – super gościu. Już wcześniej rozmawialiśmy o tym, że w dalszym ciągu nie ma opcji na dziecko. Zapytał co chcę zrobić. Ja – “usunąć”, on – “damy radę”.

I tak oto wróciliśmy do domu i zaczęliśmy sprawdzać opcję. Holandia była jedyną możliwością. Telefon do kliniki – termin na 23.12. Lecimy. Kupiliśmy bilety, nocleg. Fundacja ANAmsterdam wsparła nas finansowo w całej operacji – dziewczyny są super!

Na miejscu – pełen profesjonalizm. Do kliniki musiałam wejść sama – restrykcje covidowe. Ale personel był przecudowny, porozumiewanie się w języku angielskim bez większego problemu. Cała wizyta trwała niecałe 6 godzin. Po wyjściu poczułam niesamowitą ulgę. Potem zaczęło się robić mniej przyjemnie.

Aborcja w 20tc – a tak finalnie u mnie to wyszło – to jest spore obciążenie dla organizmu, które przyjmuje to jako poród. I o ile moja ciąża była “bezobjawowa” – to później moje ciało sobie to odbiło. Skurcze macicy – ketonal, no spa i termofor zostały Wielką Trójcą Walki Z Bólem. Laktacja – nawał pokarmu w drugiej dobie po zabiegu. Myślałam, że piersi mi eksplodują. Picie szałwi, ciepły prysznic, lekkie odciąganie, zimny okład, wkładka laktacyjna – powtarzane do skutku. I do tego huśtawka emocjonalna. Raz się śmieję, potem ryczę jak bóbr – i tak pięć razy w ciągu doby.

Mimo wszystko – czuje ulgę. Nie żałuję.

Czuje też złość. Na państwo, w którym żyję. Załóżmy, że aborcja do 12 tc byłaby u nas legalna. Dokonałabym jej po pierwszym teście i USG – w 8/9tc. Pod opieką lekarza. Z gwarancją, że się powiodła. Nie musiałabym zastanawiać się nad wyborem lekarza kilka tygodni później. Nie musiałabym ponosić wysokich kosztów wizyty w holenderskiej klinice. Moje ciało nie musiałoby przechodzić przez te wszystkie skutki późnej aborcji.

Polki dokonują aborcji – nigdy nie jest to łatwa decyzja, i nikomu nie życzę aby musiał przed nią stawać. Ale czasem tak jest, że nawet te niepłodne, zażywające antykoncepcję, w ciążę zachodzą. I uwierzcie mi, jeśli nie chcą mieć dzieci – będą szukać rozwiązania. Dzisiaj muszą go szukać potajemnie, ze stygmą, strachem przed gabinetem lekarskim. W podziemiu. I to mnie wkurwia.

Dziewczyny – jesteśmy w tym razem. Wspierajmy się.

Jeszcze będzie przepięknie!