Moja historia

Miałam 23 lata, i właśnie skończyłam czwarty rok studiów. Był rok 2011 i lipiec, gdy dowiedziałam się, że jestem w 6-7. tygodniu ciąży. Z moim szwedzkim chłopakiem, którego poznałam rok wcześniej podczas rocznego stypendium w Szwecji, a który przyjechał do mnie na miesiąc w czerwcu – zwyczajnie wpadliśmy.

Pół roku wcześniej zeszłam z tabletek antykoncepcyjnych, po których bardzo źle się czułam, a ponieważ miałam od dwóch lat torbiele na jajnikach, mój lekarz ginekolog zamiast zaproponować może inne warianty antykoncepcji hormonalnej, zaczął leczyć mnie luteiną. O czym mi nie powiedział to to, że luteinę podaje się m.in. kobietom starającym się zajść w ciążę. Z moim byłym podczas jego wizyty zabezpieczaliśmy się prezerwatywami, i wstyd się przyznać, ale stosunkiem przerywanym, na który się zgadzałam, bo myślałam że jestem prawie bezpłodna (ze względu na tę torbiele).

Gdy dowiedziałam się o ciąży, od tego lekarza usłyszałam że wspaniale, bo jestem w idealnym wieku na pierwsze dziecko. Gdy powiedziałam mamie, usłyszałam “To teraz będziesz siedzieć w domu i bawić”. Tata: “O widzisz, a martwiłaś się, że nie zajdziesz w ciążę”. Chłopak się przestraszył, ale później nawet tego dziecka chciał. Jego rodzice stwierdzili, że poprą naszą każdą decyzję, aczkolwiek bardziej byli za aborcją (legalną w Szwecji), bo ich zdaniem byliśmy młodzi i wszystko jeszcze przed nami. Moja mama prawie od razu zaproponowała aborcję i dała połowę kwoty. Drugą dodali rodzice mojego Szweda. Poleciałam do Szwecji i dokonałam medycznej aborcji, był to 8. lub 9. tydzień ciąży.

Najpierw była wizyta w szpitalu. Pani poinformowała o procedurze, zapytała czy jestem pewna swojej decyzji, czy chcę porozmawiać z psychologiem i czy chciałabym porozmawiać z psychologiem tydzień po (tej drugy opcji chciałam, ale musiałam już wracać do Polski). Na miejscu miałam zrobione USG (do tej pory pamiętam, jak pielęgniarka pokazała na monitorze formujący się kręgosłup) i połknęłam tabletki hamujące ciążowe hormony. To był początek aborcji, nie było już odwrotu, co w szpitalu usłyszałam też wielokrotnie. Dostałam do domu tabletki poronne i przeciwbólowe, do wzięcia dwa dni później.

Zaczęłam domową aborcję rano. Pamiętam, że pomimo wzięcia tabletek przeciwbólowych było to najbardziej bolesne przeżycie i najdłuższy dzień w moim życiu. Ale udało się, poroniłam. Po aborcji krwawiłam jeszcze przez trzy tygodnie (norma).

Cieszyłam się że to zrobiłam, jestem również i teraz za legalną aborcją i pomocą psychologa przed i po, finansowaną przez państwo. Ale nie będę ukrywać, że nie do końca byłam pogodzona ze swoją decyzją. Być może gdybym miała więcej czasu do namysłu (vide-darmowa aborcja w kraju do 12. tygodnia), to postąpiłabym inaczej. A może wcale nie. Dzisiaj nie wyobrażam sobie posiadania dziecka 8-letniego, a tym bardziej bycia samotną matką (tamten partner okazał się bardzo nieodpowiednim człowiekiem do wspólnego życia). Ale wtedy, już po fakcie, pozostawiona sama sobie, dostałam głębokiej depresji. Sama sobie, ponieważ moja mama nigdy potem ze mną o tej sytuacji nie rozmawiała. Nikt z rodziny nie wie. Z chłopakiem zerwałam. Wiedziała moja przyjaciółka, mieszkająca w innym mieście oraz dwie koleżanki ze studiów, które wyemigrowały na Erasmusa. Czułam się sama jak palec, z czarną dziurą rozpaczy. Udało mi się jakoś przez ten ciężki czas przebrnąć, a gdy skończyłam studia i dostałam pierwszą stałą pracę oraz zaczęłam zarabiać – poszłam na terapię.

Ze swoją aborcją pogodziłam się ostatecznie 8 lat później. Tym bardziej się cieszę widząc, że jest teraz wiele grup wsparcia, zaufane profile na IG i że tak wiele osób może otrzymać pomoc, której ja wtedy nie znalazłam i nie miałam jak znaleźć.

Trzymajcie się ciepło!