Mnie to nie dotyczy

Pomimo ostatnich wydarzeń w naszym kraju, czynnego uczestnictwa w protestach przeciw zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego, nigdy, przenigdy nie myślałam, że temat aborcji może dotyczyć mnie bezpośrednio. Wszak stara baba ze mnie, 34 lata na karku, wspierający od 13 lat partner, wiec nawet z „wpadką” damy sobie radę. Dzieci lubimy, mamy stabilną pracę, można by powiedzieć, że warunki do powiększania rodziny są idealne. Jednak nigdy świadomie na te dzieci się nie zdecydowaliśmy, chociaż nie wykluczyliśmy takiej możliwości. Po prostu, żyje nam się dobrze i wygodnie we dwoje. Kiedy kilka dni spóźniał mi się okres, pojawił się niepokój, zrobiłam test ciążowy. Jak zobaczyłam dwie kreski to wybuchłam śmiechem. Pierwsze o czym pomyślałam, to że w samym środku pandemii, krótko przed świetami będę musiała organizować tabletki poronne. Zadzwoniłam do partnera, żeby przekazać jak bardzo jest pechowy, przyjął to na spokojnie i powiedział, że w domu ustalimy co dalej. Przeszliśmy przez wszystkie możliwe scenariusze i ustaliliśmy, że okej, skoro się przydarzyło, to bierzemy to na klatę i zostaniemy rodzicami. Jednak z każdą upływającą godziną mój niepokój i strach narastał. Partner od razu wyczuł, że nie wszystko jest w porządku. Kolejna godzina rozkminiania, jak bardzo zmieni się nasze życie i w końcu decyzja, że zamówimy zestaw z WHW i zobaczymy co przyniesie czas. Ta decyzja sprawiła, że cały stres i niepokój odpuścił momentalnie. Następnego dnia byliśmy już właściwie pewni, że nie chcemy zmieniać naszego stabilnego i spokojnego życia. Zostało czekać na zestaw. To oczekiwanie, to były najgorsze 3 tygodnie w moim życiu.  Strach o to czy przesyłka nie zaginęła gdzieś po drodze spowodował, że zamówiłam drugi, awaryjny z innej organizacji. Na szczęście przesyłka dotarła i już następnego dnia wzięłam pierwszą tabletkę. Strasznie się bałam. Najbardziej bólu, który bardzo źle znoszę. Akcje zaplanowałam sobie na niedziele na 6 rano, bo bałam się skutków ubocznych po miso, a nie chciałam mieć zajętej toalety, gdybym musiała nagle skorzystać. Jednak żadne nie wystąpiły a cała aborcja była szybka i właściwie bezbolesna, chociaż na działanie tabletek musiałam poczekać ok trzech godzin. Gdy na podpasce zobaczyłam pierwsze krople krwi, poczułam ogromną ulgę i taki przypływ pozytywnej energii, że posprzątałam całe mieszkanie i ugotowałam zupę ;) Ok 12 akcja rozkręciła się mocniej a po 30 minutach było już po wszystkim. Dzisiaj czuje się już świetnie, odzyskałam swoje życie i kontrole nad moim ciałem. Aborcje przeprowadzałam w 7 tygodniu ciąży, wiec zdążyłam doświadczyć mdłości, zmęczenia, braku apetytu i nadwrażliwości na zapachy. Cieszę się, że mam to już za sobą. A kobietom, które się boją, mogę powiedzieć, że ten strach wynika głównie z tego, że nie mamy wiedzy na temat przebiegu aborcji oraz z powodu ogromnej stygmatyzacji. O mojej aborcji wie mój partner, jego siostra, moja mama i moje dwie siostry. Otrzymałam ogromne wsparcie i dużo zrozumienia. Nikt nie podważał mojej decyzji i nie próbował wpływać na jej zmianę. To dało mi poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Wspierajcie swoich bliskich!