3 tygodnie po aborcji – szczęśliwa

Kochana Kobieto, nie bój się :)

Wiedziałam, że nie chcę mieć dzieci. Zabezpieczaliśmy się prezerwatywą, zsunęła się. Ale usłyszałam, że wszystko jest w porządku, że na pewno. W połowie grudnia spóźniał mi się okres, zrobiłam dwa testy ciążowe, oba wyszły pozytywnie. Później jeszcze kilka. Byłam przerażona, zagubiona. W głowie miałam historie wyjazdów za granice, ukrywanie wszystkiego tutaj. Jak po nitce do kłębka zaczęłam czytać, trafiłam na Aborcyjny Dream Team, Women Help Women, Women On Web, ciocię Basię. Ukłony i ogromne podziękowania dla nich. Tutaj mogłam liczyć na wielkie wsparcie tych organizacji.  Zaczęłam dzwonić, czytać. Zadzwoniłam do aborcyjnego dream team’u. Usłyszałam, że najbardziej wskazana z racji pandemii (utrudnionych wyjazdów) i tak wczesnej ciąży jest aborcja farmakologiczna. O ciąży dowiedziałam się w sobotę, w niedzielę zamówiłam tabletki od Women Hep Women. W poniedziałek rano zrobiłam badanie beta HCG – 5 tydzień ciąży. Musiałam być pewna, że jest wcześnie. Tabletki zostały wysłane we wtorek, doszyły w piątek. To było jak cud, bo ja umierałam ze strachu, że będę na nie długo czekać. W kolejny poniedziałek rano znowu zrobiłam badanie beta HCG, żeby móc porownać wyniki już po aborcji. Aborcje zrobiłam równo 4 tygodnie po zapłodnieniu. W poniedziałek przed świętami o 16 wzięłam Mifepriston, czułam się dobrze, nic się nie działo.  Tak, umierałam ze strachu. Byłam przerażona. Bałam się, że się nie uda, bałam się o siebie, że zacznę krwawić, że będą komplikacje, bałam się że mi się coś stanie. Czytałam historie, gdzie dziewczyny prawie mdlały z bólu. Pracuje zdalnie, kończyłam swoją pracę, robiłam jeszcze jakieś poprawki, musiałam zająć czymś umysł. Byłam wtedy sama, czułam, że chce być sama bo nie chciałam żeby ktokolwiek widział mnie w tej sytuacji, dla mnie to było za bardzo intymne. Ale miałam kolegę, który o wszystkim wiedział. On czuwał – dzwonił co pół h, miał klucze do mojego mieszkania. Mieliśmy uzgodnione, że jeden mój nieodebrany telefon i ma być u mnie w ciągu 15 minut. Miałam też wsparcie mojej siostry, która mnie wspierała i kontrolowała czy wszystko jest dobrze, jak się czuję. Od niej miałam wsparcie psychiczne też przez cały ten czas. Wiedziały tylko te dwie osoby. We wtorek o 16 Misoprostol. Bałam się, że tabletki między dziąsłami a policzkami zbyt mało się rozpuściły – dziewczyny z adt uspokoiły mnie, ze wszystko jest dobrze. Poczułam ból brzucha po jakiejś godzinie, wtedy też zaczęłam lekko krwawić. Krwi było mniej, niż przy okresie. Wzięłam jedną tabletkę przeciwóbolową. Ból był taki jak przy okresie, całkowicie do wytrzymania. Bardzo chciałam się ruszać, więc to robiłam, chodziłam po mieszkaniu, prasowałam. Dostałam biegunki. Poszłam do toalety, poczułam jak “wszystko ze mnie wypadło”. Piszę o biegunce, ale też o krwi/ skrzepie. Nie widziałam nic szczególnego – a spodziewałam się, że będę dokładnie widziała i wiedziała kiedy “to się stanie”. Koło 19 zadzwoniłam do adt przestraszona, że za mało krwawię. Uspokoiły mnie, że przy wczesnych ciążach tak się zdarza. Poczekałam do 20, nic się nie zmieniło. Znowu telefon do adt. Opisałam sytuację z toalety. Pani powiedziała, że jej zdaniem to już mogło się wydarzyć. I wtedy mnie olśniło, to głupio zabrzmi ale tak w sobie ja poczułam, że już jest po wszystkim, że to się już stało. Musiałam mieć pewność, wzięłam jeszcze 2 tabletki Misoprostolu między dziąsła a policzki. Ale w głębi duszy byłam już spokojna. Zaczęłam sprzątać mieszkanie, wszystkie rzeczy, które miałam przygotowane – miski na wypadek wymiotów, koce. Wzięłam prysznic. Zasnęłam koło 24. Do tego czasu nic się nie zmieniło, nie było większego bólu. Krawienie było takie jak wcześniej. Zasnęłam spokojna. Rano pojechałam zrobić badanie beta HCG – beta zaczęłam spadać :) Byłam tak strasznie szczęśliwa. Po kilku dniach kolejna beta – dalej spadała. Krwawiłam przez  10 dni. Ani razu (poza 1 tabletką w trakcie aborcji) nie wzięłam leków przeciwbólowych. Ja od samego początku “po aborcji” czułam się bardzo dobrze. Ból piersi, który szalenie mi doskwierał w ciąży – ustąpił po jednym dniu od zażycia tabletek. Bardzo szybko, po 1, 2 dniach zmniejszyły mi się także piersi. Ja fizycznie czułam, że zdrowieje. Odczuwałam to jako proces zdrowienia. Dzisiaj,  po upływie 3 tygodni od aborcji, byłam na wizycie u ginekologa, wszystko jest dobrze. Powiedział, że jest jak dawniej, że już mogę o tym zapomnieć. Myślę, że ja miałam to ogromne szczęście, że aborcje przeszłam lekko (fizycznie). Nie miałam dreszczy, nie było mi słabo, niedobrze, ból brzucha też był mały. I tak naprawdę to nie było wielkie wydarzenie, takie jak okres – z perspektywy czasu. Piszę o tym, bo wiem, że pewnie czytasz moją historię i umierasz ze strachu. Nie bój się, to jest do przeżycia. To samo powiedziałabym sobie miesiąc temu. Jesteś silna i dasz radę, a później już wszystko będzie dobrze, obiecuję. Wiesz, ja znowu smaruje swoje ciało balsamem, znowu pije wino, znowu jest wszystko tak dobrze i na miejscu.

Od początku byłam w 100 procentach pewna swojej decyzji. Nie miałam też rozterek moralnych. Nigdy, w trakcie ciąży, nie myślałam o sobie w kategoriach matki. Nie żałuję. Jestem szczęśliwa, czuję ulgę, ogromną… Czuję, że zaopiekowałam się sobą, zadbałam o siebie najbardziej na świecie. I tak, jestem dumna z siebie, jestem cholernie dumna :) Mam poczucie, że zawalczyłam o siebie i o swoje piękne życie.