Mogłam w Polsce, wybrałam Holandię – aborcja ze względu na wady

Cześć! Wiem, że o nienarodzonym dziecku mówi się płód lub zarodek (w zależności od wieku ciąży), ale dla mnie wtedy to było od początku “dziecko”, więc pozwólcie, że będę używała tego terminu. Nie ma on w moim przypadku nacechowania ideologicznego.
W listopadzie 2019 roku dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Dziecko było planowane i oczekiwane. Mamy już starszego syna z 2014 roku. Dużo czasu nam zajęło podjęcie decyzji o kolejnym dziecku ze względu na niepełnosprawność pierwszego dziecka, ale widząc że syn radzi sobie coraz lepiej a terapia przynosi oczekiwane efekty, postanowiliśmy powiększyć rodzinę.
Cały czas czułam się świetnie. Podobnie jak w poprzedniej ciąży nie miałam mdłości, nic mnie nie bolało i od początku „promieniałam”. Pierwsze USG potwierdziło prawidłowo rozwijającą się ciążę i w święta powiedzieliśmy o wszystkim rodzinie. Pod koniec stycznia zaczął być u mnie widoczny brzuch, więc powiedziałam o ciąży również w pracy.

24 stycznia, w 12 tygodniu, spokojna pojechałam na tzw. USG genetyczne, pierwszą część zleconego mi testu PAPP-a. Przez pierwszą minutę badania lekarz dosłownie stękał i pocił się. W końcu powiedział że „nie wygląda to dobrze”… Dowiedziałam się, że jest za mało wód, dziecko ma nieproporcjonalną budowę (duża głowa, małe ciało), nie widać nerek, dłonie i stopy są za małe by stwierdzić czy ma place, kręgosłup dziecka jest skrzywiony, w sercu występują nieprawidłowe przepływy. NIC nie wyglądało prawidłowo. Byłam załamana. Płakałam przez telefon opowiadając wszystko mężowi, a potem mamie. Wyniki testów z krwi (2 cześć testu PAPP-a) tylko potwierdziły że jest źle. Ryzyka 3 podstawowych trisomii które bada ten test były bardzo podwyższone, tak jakby dziecko miało mieć jednocześnie zespół Downa, Patau i Edwardsa… Odchodziłam od zmysłów i czytałam wszystko co było można na ten temat ale nigdzie nie mogłam znaleźć przypadku podobnego do swojego. Odwiedzałam jeszcze dwóch polecanych lekarzy, specjalistów od USG, każdy z nich potwierdził to co pierwszy lekarz. Każdy z nich polecał mi wykonanie amniopunkcji.

Trafiłam w końcu do najlepszego w Polsce specjalisty od USG który już podczas badania postawił wstępną diagnozę – triploidia. Zlecona przez niego biopsja trofoblastu (odpowiednik amniopunkcji gdy jest za wcześnie na jej wykonanie) potwierdziła diagnozę. Triploidia to wada letalna – 90% dzieci nie dożywa porodu, pozostałe umierają maksymalnie kilka dni po nim. Byłam wtedy w końcówce 14 tygodnia ciąży. Minęły prawie trzy tygodnie od pierwszego badania USG.

Byłam już wtedy strzępkiem dawnej siebie, wrakiem człowieka. Każdy dzień był ciągnącym się koszmarem. Miałam surrealistyczne odczucia, że to nie mnie to spotkało, że gram w jakimś filmie. A jednocześnie bardzo, ale to bardzo chciałam mieć to wszystko już za sobą. Wiedziałam że tego dziecka już nie będę miała – nie będę nadawać imienia, wozić w wózku, patrzeć jak rośnie. Być może wiele kobiet mnie nie zrozumie, ale myślałam sobie – w imię czego w tej chwili moje ciało niesie to brzemię? W imię czego moja skóra się rozciąga, moje kości się odwapniają, moja cała życiowa energia kierowana jest w budowę ciała dziecka, które nigdy nie będzie dzieckiem? Pojawił się też strach. Wiedziałam już wtedy że dziecko może umrzeć w każdej chwili w moim brzuchu. Zastanawiałam się – ile razy w tygodniu muszę chodzić na USG żeby nie przegapić tego momentu i nie ryzykować zakażenia wewnątrzmacicznego? Miałam bardzo mało wód, więc wiedziałam, że może do tego dojść. I pytanie praktyczne: kto mnie przyjmie na USG dwa razy w tygodniu, przez 4 miesiące i ile to będzie kosztowało?

Zdecydowałam się, przy pełnym poparciu i wsparciu mojego męża, na terminację ciąży. Wiedziałam że moja głowa nie wytrzyma tego czasu zawieszenia i czekania na śmierć. Zaczęłam się interesować tematem i trafiłam na forum w internecie gdzie kobiety opowiadały o swoich doświadczeniach i udzielały sobie nawzajem wsparcia. Przeczytałam tam dziesiątki, jeśli nie setki tragicznych historii… Niektóre relacje z terminacji w szpitalu były wprost przerażające. Na przykład pięciodniowy poród, bez znieczulenia przez cały czas, zakończony urodzeniem żywego jeszcze dziecka… patrzenie na śmierć tego dziecka… Albo rodzenie do toalety, na podłogę, na prześcieradło… Byłam wstrząśnięta tym co przeczytałam i wiedziałam że za wszelką cenę nie chcę zobaczyć swojego dziecka. Wiedziałam, że nie będzie różowym dzidziusiem. Wiedziałam że ma bardzo dużą głowę, bardzo krzywy kręgosłup, prawdopodobnie pozrastane palce… małe szeroko rozstawione oczy… Bałam się, że ten widok mnie zniszczy.

W tym czasie rozpoczęłam też starania o terminację w szpitalu, w którym robiłam biopsję kosmówki. Okazało się, że aby w ogóle zacząć rozmowę na ten temat, trzeba się umówić na spotkanie z ordynatorem oddziału i poprosić o przyjęcie. Najbliższy termin spotkania był za tydzień. Wydawać by się mogło, że tydzień to niewiele, ale gdy się nosi w brzuchu dziecko skazane na śmierć, a dnie spędza na leżeniu na kanapie i patrzeniu w pustkę, tydzień wydaje się wiecznością. Do tego było oczywiste, że nie przyjmą mnie na oddział od razu, tylko dopiero po kilku dniach (lub kilkunastu, w zależności od dostępności miejsc w dany weekend). Potem sam pobyt w szpitalu, który mógł ciągnąć się kolejne kilka dni.

Nie. Wiedziałam, że nie dam rady w ten sposób. Nie dam rady ani prosić się o terminację ani czekać tak długo. Postanowiłam poszukać klinik za granicą. Wybór padł na klinikę w Holandii, bo to jeden z niewielu krajów gdzie można wykonać aborcję powyżej 15 tygodnia bez udowadniania czegokolwiek. Cena za zabieg była bardzo wysoka, ale na szczęście mogłam sobie na to pozwolić. Zadzwoniłam do kliniki, termin był na za tydzień, ale poprosiłam o poszukanie wcześniejszego i po dwóch godzinach oddzwoniono do mnie, że jest termin na jutro i czy zdążę przyjechać. Była godzina 13.00. Udało się kupić bilety na samolot dla mnie i mojego męża, młodsze dziecko przekazać pod opiekę mojej siostrze i już wieczorem byliśmy na miejscu. Kolejnego dnia rano miałam się zgłosić do kliniki.

Atmosfera w klinice, od wejścia, przez cały pobyt, była… normalna i profesjonalna. Personel był miły, wspierający. Wszyscy mówili po angielsku. Były tam przeróżne kobiety, w różnym wieku. Większość była chyba trochę przestraszona, tak jak ja. W moim przypadku zabieg odbył się metodą chirurgiczną. W ramach przygotowania do zabiegu, na półtorej godziny przed nim, dostałam środek zmiękczający szyjkę macicy. Do tego lek na biegunkę i następnie, na moją prośbę już, kroplówkę ze środkiem znieczulającym. Cały czas mógł być przy mnie mój mąż. Dostaliśmy dla siebie oddzielną salę. Na zabieg pojechałam już oczywiście sama. Fakt że zabieg odbywa się w znieczuleniu i uśpieniu dodawał mi otuchy. Wiedziałam, że jedno i drugie przenikają przez łożysko, zatem moje dziecko na pewno nie będzie cierpiało. Wiem, że większość naukowców zgadza się co do tego, że najwcześniej płód może odczuwać ból od 22 tygodnia, ale mimo wszystko to zabezpieczenie „na wszelki wypadek” pozwoliło mi czuć się lepiej. Wiedziałam, że zrobiłam wszystko co najlepsze nie tylko dla siebie, ale również dla dziecka. To był ostatecznie 15 tydzień.

Pierwsze słowa które powiedziałam po zabiegu, jeszcze do wiozących mnie pielęgniarek i lekarki, to: jestem Wam bardzo wdzięczna. I rozpłakałam się. Z ogromnej, niewiarygodnej ulgi. Do dziś mam łzy w oczach jak sobie przypominam to uczucie.

Po zabiegu nie miałam żadnych komplikacji, wszystko poszło dobrze i kolejnego dnia wróciłam zdrowa i bezpieczna do Polski. Nie czułam też wyrzutów sumienia, ani smutku. Jedyne co mi towarzyszyło to poczucie ulgi i czasem złość, że akurat mnie to musiało spotkać. Byłam też zniecierpliwiona. Chciałam mieć dziecko, a sytuacja z wadą genetyczną i terminacją wszystko bardzo wydłużyła. Zamiast urodzić w połowie 2020, wiedziałam że urodzę najwcześniej w 2021.

Przez kolejne tygodnie bacznie się obserwowałam pod kątem psychicznym, bo na wspomnianym forum przeczytałam mnóstwo historii kobiet, które bardzo ciężko radziły sobie z tą sytuacją. Tęskniły za dzieckiem, przeżywały żałobę, wciąż przerabiały traumę porodu ze szpitala. Choć żadna z nich nie żałowała podjętej decyzji, to płaciły za nią wysoką cenę. U mnie nic takiego się nie pojawiło.

W tej chwili znów jestem w ciąży. Jestem po pierwszych badaniach prenatalnych i na razie wszystko wygląda wzorowo. Jestem szczęśliwa że podjęłam w lutym decyzję o terminacji, bo dzięki temu, prawdopodobnie pod koniec kwietnia, urodzę upragnione zdrowe dziecko. Gdybym tej decyzji nie podjęła, dziś mogłabym być w zupełnie innym, bardzo mrocznym miejscu…