Codziennie dziękuję sobie za moją decyzję

37 lat, dwójka dzieci, stabilna sytuacja, kochający mąż, pomocna rodzina. W trakcie seksu pękła nam prezerwatywa. Tabletka “po” wzięta niecałe 12 godzin później zawiodła. Małe krwawienie zmyliło moją czujność. Czułam się fatalnie, ale zwalałam to na karb dawki hormonów która przyjęłam. Dopiero kiedy okres zaczął się spóźniać zorientowałam się, że jestem w ciąży.

Byłam załamana. Wściekła na siebie, że nie zabezpieczałam się lepiej. W moim przypadku problemem nie była decyzja o tym, czy ciążę przerywać, czy rodzić. Wiedziałam, że nie chcę mieć więcej dzieci.

Moim problemem był wkurw wywołany tym, że muszę kombinować, ukrywać się, czekać w stresie na przesyłki zagraniczne i zapłacić spora sumę za coś, co powinno być dostępne, jawne i legalnie. To były dwa tygodnie nieustannego napięcia. Przyjaciółki były dużym wsparciem. Mąż sugerował, że aborcja w Czechach byłaby lepszym pomysłem, ale nie wyobrażałam sobie zostawiać naszego rocznego dziecka na 3-4 dni z dziadkami, albo wlec autem z nami.

Tabletki, które zamówiłam z Women on Waves miały inne dawki niż opisane w mailu z instrukcjami. W zestawie  zamiast 4 małych dawek Misoprostolu dostałam dwie duże. Denerwowałam się, bo nie byłam w stanie uzyskać szybkiej odpowiedzi na moje pytania, a chciałam jak najszybciej wziąć tabletki i przerwać ciążę.

W końcu zdecydowałam się na jedną tabletkę. Przyniosła skutek – mocno krwawiłam, pojawiły się skrzepy, kawałki łożyska i wśród nich zapewne zarodek. Zaniepokoiło mnie to, że cały process nie był jakoś szczególnie bolesny. Rozważałam wzięcie drugie tabletki, ale z mężem baliśmy się, że dostanę krwotoku.

Z każdym kolejnym dniem po aborcji czułam się lepiej. Ale krwawienie nie ustawało, za to nabrało niefajnego koloru, a ja zaczęłam gorączkować. Wizyta u ginekologa potwierdziła zakażenie – moja macica opróżniła się tylko częściowo.

W trybie natychmiastowym musiałam zgłosić się do szpitala. I tutaj zaczęły się atrakcje. Ciągle powtarzające się pytania – dlaczego nie byłam na pierwszym USG? Dlaczego nie zgłosiłam się z krwawieniem? Gdzie karta ciąży? Byłam chora z niemocy. Przyznałam, że 4 tygodnie wcześniej przyjęłam tabletkę “po”, do wiedzy o kontynuacji ciąży się nie przyznałam, twierdząc, że zaskoczyło mnie duże, długie  krwawienie i późniejsze złe samopoczucie.  Niepotrzebne krętactwa. Idiotyzm.

Oni wiedzieli, ja wiedziałam , ale wszyscy musieli udawać, że poroniłam.  Większość  lekarzy od razu wiedziała o co chodzi. Komentarzy nie było – ewidentnie nie ja pierwsza.

W efekcie przeszłam zabieg łyżeczkowania, przyjęłam dwa różne antybiotyki dożylnie i musiałam spędzić w szpitalu ponad dwie doby. Ironiczne, biorąc pod uwagę, że nie chciałam tracić czasu na wyjazd do Czech.

Decyzji nie żałuję – wręcz przeciwnie. Często myślę z ulgą o tym, że nie jestem właśnie w którymśtam miesiącu ciąży. Nie mam poczucia winy. Nie wierzę, że 4-mm zarodek miał jakieś odczucia w związku z tym, że się nie urodzi. Nigdy nie miałam poczucia, że kobiety powinny tłumaczyć się z aborcji czymkolwiek – młodym wiekiem, trudna sytuacja finansową, stanem zdrowia. Po prostu można nie chcieć i to też jest ok. Jedyne czego żałuję, to że nie założyłam wkładki zaraz po urodzeniu dziecka i musiałam przeciągnąć siebie i męża, przez ten mega stresujący proces.

Aborcja farmakologiczna powinna być legalna i przeprowadzana pod chociażby telefonicznym nadzorem lekarza. Idiotyczne regulacje niepotrzebnie tylko narażają nasze zdrowie, a wcale nie eliminują aborcji – te były, są i będą tak długo jak ludzie uprawiają seks. I jak widać to czy ten seks jest małżeński, czy inny, nie ma większego znaczenia.

A.