Aborcja z falangą

Potrzebujecie aborcyjnych coming outów?

Za tydzień kończę 29 lat, mam najlepszego na Świecie męża i cudowną córkę. Aborcję miałam 12 lat temu.

Pochodzę z normalnej rodziny, moi rodzice to wykształceni, dobrze zarabiający i inteligentni ludzie. Mama katoliczka, Tata ateista, nawet ślub brali z tymi wszystkimi oświadczeniami.

Moje dorastanie było mocno burzliwe, sprawiałam wiele problemów wychowawczych, Mama starała się jak mogła- psycholog, terapeuci. Poza wagarowaniem i wybuchami złości dochodziło  samookaleczanie i wyjątkowo niska samoocena.

Pod koniec gimnazjum poznałam Jego, „wielka” gówniarska miłość. Imponował mi, bo był 2 lata starszy, śmigał zgolony na gładko w glanach i białych sznurówkach. Na ważne dla siebie święta ubierał piaskową koszulę i zieloną opaskę z falangą na ramię.

Miłość kwitła, samoocena wzrosła, latałam za nim na te wszystkie narodowe imprezki i- BANG! Cudowny chłopak nie tolerował sprzeciwu, nie tolerował odmowy ani wyrażania odmiennego zdania. Do tej pory się zastanawiam, czemu kłamałam rodzicom, że jestem chora zamiast powiedzieć, że nie mogę chodzić bo brzuch napierdala mnie od kopniaków. Również brał co chciał i kiedy chciał. A jak brał to przecież nie używając prezerwatyw, bo to nie po Bożemu.

I wiecie co? Okazało się, że jestem w ciąży. Idiotka myślałam, że się nam uda. Powiedziałam rodzicom, zadeklarowałam, że dam radę, urodzę bo On mnie kocha i chcę tego dziecka. Rodzice byli zdruzgotani, ale zaakceptowali decyzję. Dopiero po tym, jak kazał mi spierdalać, sugerował, że to nie jego dziecko i zapadł się pod ziemię dotarło do mnie, że zostanę sama.

Kopalnią wiedzy była wtedy strona Women on Web, gdzie dowiedziałam się, że tabletka na tym etapie mogłaby nie być w 100% skuteczna. W Polsce, jeśli masz pieniądze, łatwo o zabieg. O umówionej godzinie pojechałam do gabinetu, po badaniu ginekologicznym zajął się mną anestezjolog. Jedyne co pamiętam po samym zabiegu to zawroty głowy i niesamowita ulga.

Po czytaniu katolickich stron spodziewałam się dramatów, depresji, płaczu czyli wyssanego z palca syndromu poaborcyjnego. A było dokładnie odwrotnie. Była to zdecydowanie najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć i największa ulga jaką mogłam poczuć.