Aborcja jest naszym prawem

Jestem z Wami – kobietami, codziennie, krzyczę, spaceruję z transparentami, z pieśnią na ustach.

Siedem lat temu miałam już w sobie ten gniew, kiedy jechałam na Słowację dokonać aborcji. Stać nas było na to, mnie i mojego chłopaka. Wcześniej kupiliśmy tabletki przez Women on Web, które zostały zablokowane na granicy, więc musieliśmy zmienić adres, żeby przeszły innym przejściem granicznym. I zanim do nas dotarły zrobiło się późno. Już wtedy było ciężko, ale miałam też masę informacji, jak i gdzie mogę tego dokonać, a do tego na koncie trzy tysiące, które umożliwiły mi bezpieczny i legalny, bo za granicą, zabieg w klinice. Już wtedy byłam tak bardzo wkurwiona na mój rząd, który mnie do tego zmusza. Mój wkurw rósł w siłę, kiedy uświadomiłam sobie, ile jest kobiet, które nie mają takich przywilejów jak: dostęp do informacji, środki pieniężne, wsparcie kogoś bliskiego. Na sali ze mną była kobieta kilka lat ode mnie starsza. Była bardzo przestraszona, ale nie samym zabiegiem. Bała się, że ktoś z jej bliskich się o tym dowie, a wtedy wszyscy się od niej odwrócą. Przyjechała tam sama, busem, który był wynajmowany do przewozu kobiet na Słowację i z powrotem. Krążyły plotki, że panowie kierowcy czasami się denerwują, że trzeba czekać, aż kobieta się wybudzi z narkozy i dojdzie do siebie, więc trzeba było się spieszyć i zaraz po zabiegu półprzytomną ładować się do busa. Dlatego ustaliłyśmy szybko, że ona idzie pierwsza, żeby miała więcej czasu. Absolutnie nikt z jej bliskich o tym nie wiedział i nie mógł się dowiedzieć. Sama myśl o tym, że to zostanie ujawnione, sprawiała, że bladła i przestawała mówić. Udało mi się dowiedzieć, że ma już dwójkę dzieci, ale z innym mężczyzną, a ojciec tego płodu by ją na pewno zostawił, gdyby się dowiedział, że zaszła w ciążę. Nie mogła sobie pozwolić na trzecie dziecko, w dwupokojowym mieszkanku, kiedy ledwo wiązała koniec z końcem. Była wierząca, tak jak jej matka, więc dręczyły ją wyrzuty sumienia. Współczułam jej bardzo i martwiłam się razem z nią, jak sobie później z tym poradzi, sama.

Był ósmy marca. Dostałam od mojego bladego ze strachu ukochanego, czekającego na mnie niecierpliwie pod kliniką, kwiatek czerwony, który bardzo mnie rozbawił. Byłam jeszcze pod wpływem narkozy, więc wszystko mnie śmieszyło. Wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy. Zostaliśmy jeszcze jeden dzień na Słowacji, w górach, w pięknym drewnianym domku, który wcześniej wynajęliśmy. Dopiero następnego dnia, po przekroczeniu granicy z Polską, zaczęłam na nią wyklinać, o ironio, po angielsku, bo tak się komunikowałam z moim obcojęzycznym mężczyzną, anarchistą, zachęcającym mnie do buntu. Po powrocie jednak nie miałam siły na bycie twarzą kampanii proaborcyjnej, choć całym sercem ją wspierałam. Kilka miesięcy zajęło mi pogodzenie się z tą decyzją i z jej nieodwracalnością.

A potem wyjechaliśmy do słonecznego kraju, gdzie kobiety mogą dokonać aborcji na życzenie i ją dokonują; gdzie dostęp do antykoncepcji jest powszechny, to znaczy, że można wykupić tabletki antykoncepcyjne i pigułki 72h po bez recepty, a można też z receptą i wtedy są refundowane. Mieszkałam tam na wiosce, oddalonej 120 km od miasta, w którym nie było ginekologa, więc było to duże ułatwienie. Spotkałam tam kilka kobiet, które mi opowiedziały o doświadczeniu aborcji w swoim życiu, albo były w momencie podejmowania decyzji. I nawet jeśli jest to legalne prawo każdej kobiety, to decyzja ta bardzo często okupiona jest wieloma przemyśleniami, czasem łzami, a często ulgą po. Za to w świecie legalnej aborcji, nie ma: traumy, stygmatyzacji, strachu przed totalnym osamotnieniem, a przede wszystkim nie ma niechcianych i niekochanych dzieci.

I jeszcze jedno spostrzeżenie. Jeśli kiedykolwiek zdecydujecie się na aborcję, niech to będzie przede wszystkim Wasza decyzja, przemyślana i rozważona, ale niech nie będzie podyktowana tym, co mówi Wam partner/partnerka, czy ojciec dziecka, czy wasz rodzic, czy koleżanka, czy ksiądz, czy nawet lekarz. Ufam każdej kobiecie, że jest w stanie ją podjąć.

P. S. Moja mama też miała aborcję, zaleconą przez lekarza. A było to w normalnych czasach, przed 1993 rokiem i nie przypomina sobie żadnej traumy, ja też nie.

Myślimy, czujemy, decydujemy.