psychicznie nie dałam rady

29.07.2018, około 10-12 tydzień.

Ta data na zawsze zostanie, gdzieś głęboko w mojej pamięci. Dokonałam aborcji. Wzięłam tabletki by przerwać ciążę. To był okropny dzień, ale był to też dzień przerwania przeze mnie cierpienia.

Od początku… Jako nastolatka miałam problemy ginekologiczne, powiedziano mi, że szanse na ciąże są bardzo małe, prawie ich nie ma. Bolało mnie to, pamiętam miliony rozmów z przyjacielem, kiedy nachodziły mnie myśli, że nie będę nigdy kobietą, taką w pełni, bo przecież są tak małe szanse bym wydała na świat dziecko. Zwłaszcza, że musiałam brać ciągle hormony by ustabilizować swój układ rozrodczy.

Na początku maja miałam miesiączkę, dwa dni po tym jak miesiączka mi się skończyła obudziłam się z anginą. Miałam prawie 39 stopni gorączki, po wizycie u lekarza spałam cały dzień. Nie byłam w stanie przełknąć tabletek, więc antybiotyk dostałam w zastrzyku, nie mogłam też połknąć antykoncepcyjnej tabletki, następnego dnia wieczorem już wzięłam tabletkę. Po kilku dniach poczułam się lepiej, wtedy po kilku dniach, w których spałam w innym łóżku, brakowało mi mojego chłopaka, kiedy czułam się zdrowa zrobiliśmy to. Kochaliśmy się i nie wiem jak to się stało, ale doszło do zapłodnienia.

Niestety, w kolejnym tygodniu znów obudziłam się z anginą, kolejna dawka antybiotyków. Potem jeszcze jedna angina i znów antybiotyki, jeszcze silniejsze. Przez 20 dni byłam pod silnymi antybiotykami. Wiesz, jak bardzo tak silne leki działają na płód w jego pierwszej fazie rozwoju? Dziecko mogło mieć różne zaburzenia przez to, że byłam chora. Jednak nie to skłoniło mnie do tej decyzji.

Kiedy w drugiej połowie czerwca byłam już w miarę zdrowa, to wciąż łapałam jakieś drobne infekcje. Mój organizm był bardzo wycieńczony chorobą i nie mogłam odzyskać pełni sił. Do tego musiałam zaliczyć cały maj i połowę czerwca na uczelni, tuż przed samą sesją. Chodziłam podminowana i bo wciąż się uczyłam i siedziałam od rana do wieczora na uczelni zaliczając wszystkie przedmioty. Pamiętam, jak wybuchałam za każdym razem, jak potrafiłam zmieniać nastrój co chwilę. Do tego nie dostawałam miesiączki, ale zwaliłam to na antybiotyki, bo już raz tak miałam, jak byłam w gimnazjum to też brałam antybiotyki przez ponad miesiąc i nie dostałam miesiączki przez następne dwa miesiące. Do tego stres z zaliczeniem, przecież to dobre wytłumaczenie. W międzyczasie zaczął zmieniać mi się smak, nie mogłam jeść nic co miało wyrazisty smak, wszystko było „za…” – za słone, za pieprzne, za ostre, za słodkie, ale też za mdłe. Na to też miałam wytłumaczenie „choroba zmieniła mój smak”.

Jednak, kiedy z początkiem lipca nie dostałam miesiączki zaniepokoiłam się, umówiłam się do lekarza, bo może moje problemy by wróciły? Trzeba się zbadać. Wtedy pojawił się zapachowstręt, a pracowałam w restauracji, więc to była męka. Zaczęły mnie boleć piersi i po koszuli pracowniczej widziałam, że urosły mi piersi. „A co, jeśli to ciąża? Nie bądź głupia, nie możesz być w ciąży, bierzesz tabletki i przecież już dawno powiedzieli Ci, że masz nikłe szanse.” Chodziło mi po głowie, mój chłopak przez to jak bardzo zmieniały mi się nastroje bał mi się powiedzieć, że też mam takie podejrzenia.

No właśnie, moje nastroje. Jako osoba, która walczyła z depresją, skłonna do samo agresji bardzo źle przeżywałam ten czas. Moje samopoczucie, samoocena bardzo poszły w dół. Zaczęłam się nienawidzić, bać się wszystkiego i wszystkich, zaczęłam znów mieć myśli samobójcze. Bałam się o tym powiedzieć komukolwiek, nie chciałam martwić tym mojego chłopaka. Czułam, że jeszcze daje radę i nie muszę wołać o pomoc.

Przyszedł czas wizyty u lekarza, mój chłopak pojechał wtedy ze mną. Ciągle trzymał mnie za rękę i powtarzał, że nie ważne co się okaże, on jest ze mną. Weszłam do gabinetu, opowiedziałam lekarzowi historię, że nie mam miesiączki, ale to pewnie przez nawracającą anginę. Spytał się czy robiłam test. Popłakałam się w jego gabinecie. Chciał mi zrobić USG, jednak maszyna mu padła dzień wcześniej i czekał na serwis, więc kazał mi wrócić za tydzień i w tym czasie zrobić test ciążowy. Umówiłam się na wizytę, jednak nigdy na nią nie poszłam. Wyszłam zapłakana z gabinetu, gdy mój chłopak spytał się co się okazało, powiedziałam tylko, że na razie nic nie wiadomo, bo maszyna nie działa i mam wrócić za tydzień, na razie dostałam zalecenia i muszę iść do apteki. On wciąż powtarzał, że jesteśmy w tym razem i razem damy radę. Mi zawalił się świat, zaczęłam nienawidzić siebie jeszcze bardziej, nachodziły mnie myśli, że muszę się zabić. Nie mogłam nad tym zapanować. To mnie przerastało. Kiedy weszłam do apteki kazałam chłopakowi czekać na zewnątrz, podeszłam do okienka i próbowałam wyrzucić z siebie „test ciążowy poproszę”, trzy razy próbowałam, za każdym razem wybuchając płaczem, dławiłam się swoimi łzami. Zapłaciłam, wyszłam. On wciąż powtarzał, że damy radę. Całą podróż do domu płakałam, a on stał nade mną w tym tramwaju i mnie próbował uspokoić. Kiedy wsiedliśmy do drugiego tramwaju, który podjeżdżał pod sam dom, usiadłam, założyłam okulary na oczy i chciałam zasnąć i się nie obudzić, wtedy jakaś starsza kobieta jak wychodziła powiedziała, że pewnie ćpunką jestem, bo nie chcę jej miejsca ustąpić i życzyła mi śmierci. Wtedy pomyślałam, że bardzo bym chciała, żeby to życzenie się spełniło. Kiedy weszliśmy do mieszkania, położyłam się do łóżka i płakałam, a on był przy mnie. Po jakimś czasie, kiedy zaczęłam się uspokajać, spytał się czy jestem w ciąży. Wtedy zrobiłam test. Kiedy B wyszedł z łazienki i powiedział „dwie kreski” myślałam, że się przesłyszałam.

Wpadłam w jakiś szał, najpierw w płacz, potem odpychałam mojego chłopaka, potem dorwałam się do laptopa i sprawdzałam wszystkie opcje aborcji. Myślałam nad wyjazdem do kliniki, ale to za drogie było dla dwóch studentów, którzy pracują i wynajmują mieszkanie, którzy utrzymują się sami.

Znalazłam stronę organizacji WOMEN HELP WOMEN.

Powiedziałam mojemu chłopakowi, że muszę dokonać aborcji. Nie czułam się na siłach, nie tyle fizycznych, bo pewnie jakoś znosiłabym ten ból fizyczny, ja nie zniosłabym bólu psychicznego. Ja od tygodni myślałam o śmierci, chciałam się zabić, a od tych kilku godzin, kiedy wyszłam od lekarza ja o niczym innym nie myślałam jak o tym czy lepiej podciąć sobie żyły, skoczyć pod pociąg czy jaki inny sposób samobójstwa wybrać. Chociaż najczęściej w głowie pojawiał się obraz mola w Międzyzdrojach, a ja z niego skacze, w końcu tak bardzo kocham morze. B zaakceptował mój wybór i wiedział, że to dla nas, a zwłaszcza dla mnie jedyna opcja. Zamówiliśmy tabletki. Na początku był problem z kartą, jednak następnego dnia wszystko się udało. Czekałam na nie tydzień od wysłania. Najgorszy tydzień w moim życiu. Za każdym razem jak widziałam jakiegoś osiedlowego dresa chciałam podejść i poprosić by skopał mnie po brzuchu, w myślach błagałam mojego chłopaka by uderzył mnie w brzuch, w pracy podnosiłam ciężkie kegle z piwem, walczyłam by nie wejść pod nadjeżdżający samochód.

Na dzień przed dostaniem tabletek mój chłopak musiał wyjechać do rodzinnego domu by zająć się rodzinną firmą, wyjazd ten był już dawno ustalony i nie mógł go przełożyć. Szczerze? Było mi to na rękę. Nie chciałam by widział mnie w tym stanie. W piątek jak wróciłam w pracy miałam przesyłkę. Wzięłam mifepristone i poszłam spać. Kolejnym krokiem były tabletki misoprostolu, pierwszą dawkę wzięłam w niedziele około godziny 12. Wstałam wypoczęta, umyłam się i przygotowałam sobie wszystko. Zamknęłam mieszkanie, ale tylko tak by w razie czego mocniejsze pchnięcie drzwi i można je otworzyć. Zaniosłam do łazienki kołdrę, rozłożyłam ją na podłodze w łazience, poduszka i koc, laptop, ładowarki. Przez cały czas rozmawiałam przez telefon z moim chłopakiem. Wcześniej pytał czy aby na pewno nie chcę czekać na niego, zaraz wsiądzie w auto i będzie za te 4 godziny, a jak depnie to nawet 3. Jednak nie chciałam, wiedziałam, że w razie czego zadzwoni do jakieś osoby, która jest na miejscu, zadzwoni na karetkę i wtedy wsiądzie w samochód, to znaczy nie on, a jego przyjaciel by prowadził.

Około 12 wzięłam pierwszą dawkę tak jak zalecono. Zwymiotowałam ją, zapomniałam o lekach przeciwwymiotnych. Na szczęście nie zapomniałam o przeciwbólowych. Czułam, jak rozsadza mnie od środka, skurcze były niewyobrażalne mimo zażytej dużej dawki. Miałam uderzenia gorąca, nie wytrzymałam i weszłam pod zimny prysznic. Jednak nie nastąpiło żadne krwawienie. Pamiętam płacz mojego chłopaka w słuchawce, kiedy krzyczałam z bólu i prosiłam by się skończyło to wszystko. Po jakiś dwóch godzinach wszystko ustało. Nawet dałam radę się przespać i oglądałam serial. Po trzech godzinach wzięłam kolejną dawkę. Tym razem ból był jeszcze większy. Bolało niewyobrażalnie. Zwijałam się z bólu, błagałam by się skończyło. Czułam coraz większe skurcze, aż w końcu poczułam ulgę. Płakałam, ale już nie z bólu, nie z przerażenia, a z ulgi. Ból się zmniejszał. Jeszcze długo siedziałam na toalecie, aż w końcu spuściłam wodę. Około 17 było już po wszystkim, leżałam już wtedy w łóżku i odpoczywałam. Następnego dnia wzięłam zwolnienie lekarskie i pojechałam do mojego chłopaka. Nie miałam żadnych komplikacji, przez kilka dni wydalałam z siebie skrzepy krwi, czasami bolał mnie brzuch, jednak nie na tyle by brać tabletki. Przez tydzień odpoczęłam, zresetowałam się i wróciłam do życia sprzed choroby, odzyskałam siły, które najpierw zabrała mi angina, a potem ciąża. Moja psychika też się polepszyła. Przez cały okres, od kiedy napisałam do WHW miałam z nimi stały kontakt, pomagali mi i po aborcji nawet pytali się czy wszystko ze mną okey, jak się czuje psychicznie.

Nie żałuje. Wiem, że nie dałabym rady wtedy utrzymać ciąży. Wiem, że mając 21 lat ani ja, ani mój chłopak nie bylibyśmy w stanie dać dziecku to na co zasługuje. Nie mieliśmy pracy, która dawałaby nam komfort życia, nie od 10 do 10, a co dopiero komfort życia dla dziecka. Oboje wciąż studiujemy.

Czasami myślę, czy to byłaby dziewczynka, czy chłopiec. Czy moje leczenie antybiotykami wpłynęłoby na rozwój dziecka. Czy byłabym dobrą matką, a B dobrym ojcem. Nie dowiem się, jednak wiem, że postąpiliśmy tak jak czuliśmy, zadbaliśmy o dobro swoje, ale też tego dziecka. Nie chciałabym by cierpiało z powodu mojej choroby, ze względu na mój stan psychiczny czy nasz status materialny… Wiem na pewno też, że mam najcudowniejszego faceta i kiedyś będę chciała założyć z nim rodzinę, mieć dom i dać dom jakiemuś dziecku, którego rodzice nie byli w stanie go wychować.