Mój wielki dzień

Dzisiaj mija rok od mojej studniówki, dnia w którym obudziłam się ze świadomością “jestem w ciąży”. Po prostu gdzieś w mojej głowie zaskoczyły trybiki składając w całość wszystkie sygnały które wysyłał mi mój organizm, a ja śmiałam się z nich do mojego (jeszcze wtedy) “kumpla” – będziesz tatą!

Zaczęło się od tego, że już po tygodniu alkohol działał na mnie jak nigdy. Mam mocną głowę, a święta, wolne od szkoły, sylwester to był maraton imprez, na których czułam się coraz gorzej i słabiej z każdym dniem. Dodatkowo w któreś przedpołudnie zapach dymu papierosowego mnie bardzo zemdlił, co oczywiście zrzuciłam na karb kaca.

Więc w sobotę o 7 rano wyskoczyłam z łóżka, ubrałam się i poszłam do apteki, trzymając pierwsze poranne siku do testu. Była to dla mnie formalność, ale musiałam mieć namacalny dowód. Jak zobaczyłam dwie kreski nie poczułam nic, wiedziałam, co muszę zrobić. Poszłam znowu do apteki i zaczęłam od ibupromu i witaminy C, a potem nie przejmując się niczym rzuciłam się w wir ostatnich przygotowań do tego wymarzonego balu.

Nie powiedziałam nikomu, nawet partnerowi, bo wiedziałam, że się przejmie i to zniszczy mu ten dzień. Nie myślałam o ciąży, wiedziałam, że nie chcę w niej być, wszystko miałam pod kontrolą, jedyne co mnie zaskoczyło, to tempo w jakim się upiłam.

Po tygodniu załatwiłam pieniądze na tabletki z Women Help Women, kontakt z nimi był szybki i przyjemny, przedstawiłam sprawę jasno- mam 100 zł, na więcej się teraz nie zdobędę. Dogadałyśmy się, że kiedy będę miała pieniądze, to je przeleję, żeby wesprzeć ich dalsze działania. Tabletki przyszły po ok. 7 dniach roboczych, do skrzynki, w kopercie, jak list. “Nareszcie”.

Moja ciąża trwała niecałe 6 tygodni i przez całe życie nie czułam się tak źle jak przez jej ostatnie 3 tygodnie. Na nic nie miałam ochoty, a byłam głodna, kręciło mi się w głowie, ale najgorsze były wahania nastrojów, nie panowałam nad sobą do tego stopnia, że płakałam o byle co, kłóciłam się żeby się tylko pokłócić i moi znajomi nie wiedzieli o co mi chodzi – ja też nie wiedziałam. Chciałam przestać, a nie mogłam. Jedynymi momentami w których myślałam o ciąży i wzbudzało to we mnie pozytywne emocje, myśli, była świadomość, że on by się cieszył, gdybym mu powiedziała, mimo strachu, byłby szczęśliwy i nieba by nam przychylił. Tylko, że tego nie chciałam, ani tym bardziej obarczać go poczuciem winy czy odpowiedzialnością, dodawać mu stresu – mieliśmy w tym czasie egzaminy zawodowe i mnóstwo przygotowań do matury.

Tabletki przyszły w środę, to był ostatni tydzień ferii, tą pierwszą wzięłam już w czwartek o 7 rano (24 godziny przed planowanym wzięciem mizoprostolu), a w piątek rano 4 tabletki pod język, byłam przygotowana, miałam ibuprom, który zawsze mi pomaga.

Ale tym razem nie pomógł. Ból zaczął się nagle, po godzinie i to najgorszy jaki w życiu czułam. W domu byłam z mamą i siostrą, nie wiedziałam czy chodzić czy leżeć, obie myślały, że mam okres. Po 2 godzinach mama powiedziała żebym usiadła w wannie i polewała się gorącą wodą. Ból trochę zelżał, był do wytrzymania, a po 15 minutach zaczęło się delikatne krwawienie. Nie minęło nawet 5 min, jak wydaliłam z siebie zarodek, był mniejszym od żółtka jajka kurzego pęcherzykiem. Zaraz po tym ból ustał, nie bolało już nic, a całe popołudnie spędziłam z siostrą w piżamie jedząc chipsy, oglądając łyżwiarstwo figurowe i krytykując sukienki i fryzury łyżwiarek. A następnego dnia poszłam z kolegą na studniówkę i nareszcie czułam się dobrze, a nawet lepiej niż zwykle.

Chciałabym napisać, że to tyle, już po wszystkim, ale prawdziwe schody zaczęły się później. Krwawienie było delikatne, ale trwało 30 dni, ostatnii tydzień zaczął się wręcz krwotokiem podczas którego zemdlałam, ale ocknęłam się szybko, wypiłam dzbanek wody i zjadłam czekoladę. Najtrudniejsze było wytłumaczenie znajomym skąd ten siniak nad okiem i rozcięta brew, nie mogłam powiedzieć prawdy, bo koleżanki  z klasy akurat zrobiły akcję z koniecznością wysłania mnie do ginekologa, a mój przyjaciel chciał mnie zawieźć do szpitala jak dowiedział się, że “mam okres” od miesiąca. Jakoś w kwietniu przyznałam się temu właśnie przyjacielowi, że byłam w ciąży. Uznałam jego za odpowiednią osobę, gdyby on mnie nie zrozumiał i skrytykował, nie powiedziałabym już nikomu, ale on powiedział najważniejsze dla mnie słowa: “Jesteś mądra, odpowiedzialna i odważna. Dobrze zrobiłaś. Podziwiam Cię.” Doradził mi żebym powiedziała partnerowi o tym, że byłam w ciąży, ale dopiero po maturze. To, że mogłam się tym w końcu z kimś podzielić przyniosło mi ulgę.

Pierwszy raz płakałam z powodu tego, że usunęłam ciąże, właśnie wtedy kiedy powiedziałam partnerowi, oboje płakaliśmy długo, ja dlatego, że to był dla niego coś i strata, płakałam nad jego stratą razem z nim.

W ciągu ostatnich miesięcy zamieszkaliśmy razem i oswajamy się z tym tematem, wiem, że dla niego jest on delikatny, ale przechodzimy nad tym do porządku dziennego.

Żadna z moich koleżanek nie wie i to, co mnie boli najbardziej to ich negacja moich poglądów. “Urodź i oddaj mi”, “jak będziesz w ciąży to zmienisz zdanie”, “nie dałabyś rady zabić własnego dziecka”.

Nikt za mnie życia nie przeżyje i nie wie, co dla mnie będzie lepsze. Decydujmy o swoim ciele same nie pozostawiając tego losowi.