Aborcja naprawdę była ok

Nie pamiętam już dokładnie ile miałam wtedy lat, mniej więcej 21-22. Aborcja była zupełnie normalnym wydarzeniem, dlatego kompletnie nie rozumiem dlaczego w Polsce robi się z tego wielkie halo, szczególnie w prasie dla kobiet, pokazując aborcję jako wielki dramat. Większość życia spędziłam w Polsce i też miałam wpojone, że wielu rzeczy się nie robi, a jeśli się je zrobi to jest grzech, płacz i pokuta. Tymczasem miałam szczęście wyjechać do Francji i mimo początkowego wstydu, zobaczyłam, że ludzie podchodzą do sprawy kompletnie zwyczajnie. Zaczęło się od psycholożki, która stwierdziła, że jesteśmy fajnymi ludźmi i możemy mieć dzieci później, jeśli będziemy chcieli. Potem pan doktor przed USG zapytał tylko czy chcę patrzeć na monitor i po odpowiedzi negatywnej zajął mój umysł bardzo ciekawą rozmową na zupełnie inny temat. Najgorsze co pamiętam, to że bardzo dałam się manipulować mojemu ex, który np. namówił mnie na pełną narkozę. Być może dzięki temu podchodzę do tematu tak lekko, ale bardzo wierzę, że nawet gdybym była świadoma podczas zabiegu to nic by nie zmieniło. Moja rodzina bardziej panikowała ode mnie i niestety moja własna mama powiedziała mi, abym absolutnie nie mówiła o tym nikomu w Polsce. I bardzo długo nie mówiłam, chodź za każdym razem gdy widzę jakiś artykuł o syndromie poaborcyjnym itp. chce mi się krzyczeć. Hej, aborcja naprawdę jest ok! Dzisiaj, po ponad dziesięciu latach, nadal bardzo cieszę się z podjętej decyzji. Dałam sobie czas i nadal nie czuję, że chciałabym mieć dzieci. Nigdy nie mówię nigdy (bo kiedyś też wydawało mi się, że aborcji nigdy bym nie zrobiła), ale mam wybór i to jest cudowne!

Ktoś może pomyśleć, że byłam kompletnie nieświadoma wszystkiego – odwrócony monitor, narkoza… Być może powinnam dopisać tu, że odkryłam, że jestem w ciąży będąc w Polsce i udałam się do polskiej ginekolożki. Patrzyłam na pulsującą kropkę na monitorze i zostałam zapytana “czy planowałam” (pytanie zupełnie niepotrzebne, kiedy nie ma wyboru…). Zostałam pouczona o unikaniu komputerów (sic) i o tym kiedy mam przyjść na następną wizytę. Ewidentnie było widać po mnie szok i zagubienie, lecz nie pojawiła się nawet mała sugestia pomocy (chociażby psychologicznej?).  Przez to, że musiałam wyjechać za granicę cały proces zajął zdecydowanie za dużo czasu. Gdybym mogła legalnie usunąć ciążę w Polsce, wystarczyłyby pewnie tylko tabletki, a tymczasem musiałam udać się na zabieg do szpitala. Jednak jeden dzień w szpitalu to żadna tragedia. Po zabiegu sporo pospałam i wieczorem mogłam udać się na kolację ze znajomymi. I znowu było normalnie :)