Moja historia

Zanim zrobiłam test ciążowy gdzieś w środku wiedziałam jaki wynik zobaczę, nie wiem jakim cudem bo okres spóźniał mi się wtedy zaledwie 2 dni ale byłam tego pewna. Zrobiłam w sumie chyba 4 testy, każdy pozytywny. Swoją decyzje miałam w głowie już w momencie gdy nabrałam przeczucia co do tego że jestem w niechcianej ciąży. Nie zastanawiałam się ani chwili, nawet przez myśl mi nie przeszło aby w ciąży pozostać, mój ówczesny partner bardzo mnie w tym wspierał i zgodził się ze mną co do decyzji przerwania ciąży. W tamtej chwili miałam 19 lat i zbyt wiele własnych problemów na głowie, głównie natury psychicznej, a które to ciągną się za mną od kiedy tylko wkroczyłam w okres dorastania po dziś dzień. Dzień po tym gdy zobaczyłam wynik na teście zaczęłam szukać rozwiązania – pierwszą myślą było kupno tabletek przez internet, paczka przyszła po 2 dniach, za sprawdzeniem zawartości, lecz niefortunny zbieg okoliczności sprawił, że odebrała ją moja mama która nie wiedząc o niczym, z owej opcji sprawdzenia czy zawartość się zgadza nie skorzystała, lecz za paczkę zapłaciła. Zostałam oszukana, a oszust przesłał suplementy diety bez recepty. Tym prędzej zaczęłam szukać kolejnego rozwiązania, i chyba nie skłamię mówiąc że miałam szczęście, bo drugi ginekolog z którym się skontaktowałam postanowił mi pomóc. Miałam przyjechać w sobotę od rana na usg do szpitala w którym pracuje. Poczułam ulgę, niesamowitą ulgę, bo w niechcianej ciąży czułam się źle, ciągłe mdłości, osłabienie, był to okres tuż przed Bożym Narodzeniem, moim ulubionym świętem, a ja nie mogłam się tym cieszyć przez złe samopoczucie.

Jazda na badanie usg i tym samym spotkanie z lekarzem upłynęła w nerwowej atmosferze oczekiwania, gdzieś tam obawiałam się sytuacji iż całość okaże się próbą przekonania mnie do utrzymania ciąży, w końcu tu w Polsce zdarza się to często. Pomyliłam się. Lekarz od razu przedstawił plan działania, po 2 czy 3 dniach od tamtej wizyty miałam stawić się na zabieg w znieczuleniu ogólnym.

Sam dzień aborcji wspominam jako nudny, trudno mi było nie okazywać po sobie jakoby nie mogę się wszystkiego doczekać, sala szpitalna była dwuosobowa, ale łóżko obok puste więc mój partner był przy mnie cały dzień. Najbardziej traumatycznym przeżyciem tamtego dnia było założenie wenflonu, gdyż boję się tak grubych igieł. Na zabieg zabrano mnie około 14, kolejne co pamiętam to jazdę na łóżku już z powrotem na sale, zero bólu, głupawka po lekach. Gdy już oprzytomniałam moją pierwszą myślą było spytanie czy się udało, czy nie ma tam już nic, czy w końcu jestem wolna. Tak też było lekarz przyszedł, opowiedział że zabieg się udał, ja w końcu czułam się normalnie, aż mnie nosiło, gdyż nie mogłam się doczekać aż mnie wypiszą, co miało się stać kilka godzin po zbiegu. Końcowe chwile w szpitalu spędziłam na wybieraniu pizzy, którą mieliśmy odebrać wracając do  domu.

Od aborcji minęło kilka lat, ani razu nie pożałowałam, ani razu nie pomyślałam co by było, nie czuje żadnych emocji myśląc o tym wydarzeniu. Choć przyznam najpierw obwiniałam się o to że ani przez moment nie było mi przykro, że nie wiąże z tym żadnych uczuć, już jakiś czas temu zrozumiałam że nie mogę się obwiniać o coś takiego, że mam prawo być 100% zadowolona i szczęśliwa ze swojej decyzji i nawet przez chwile nie czuć smutku.