bez tłumaczeń

Moją historię chcę opowiedzieć z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że chciałabym powiedzieć wszystkim dziewczynom w podobnej sytuacji, że nie muszą się nikomu z niczego tłumaczyć. Moja sytuacja osobista w momencie pojawienia się ciąży pozostawiała wiele do życzenia, klasyczne wyboje życiowe singielki, lat 27. Wyobraźcie to sobie, spotykacie się z kolesiem. Krótko, miesiąc, może półtora. Z początku jest fajnie, ale im dalej w las, tym większej nabieracie pewności, że trzeba to zakończyć, bo koleś- jak się okazuje- bliżej ma do żaby niż do księcia, i generalnie nic dobrego z tego wyjść nie ma prawa. Więc decydujecie: czas to skończyć. A kilka dni później test pokazuje Wam dwie kreski. ZONK.

Myślałam, że mam PMS. Byłam przygotowana na to, że okres mi się spóźni i nie byłabym tym zaskoczona, w końcu dopiero co zażywałam tabletkę “po”, to normalne, że cykl się odrobinę zaburzy. Luzik. Na wizycie u endo w sprawie PCOS p. doktor zasugerowała mi, bym na wszelki wypadek zrobiła test. Ok, nie ma problemu, ale przecież nie jestem w żadnej ciąży. Osiem godzin później gapiłam się na dwie kreski na teście i nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Nie panikowałam, w końcu jestem dorosłą kobietą, wiedziałam że znajdę rozwiązanie. Telefon do przyjaciółki. “Będę u Ciebie za godzinę”- powiedziała. Godzina 22, pod apteką kolejka do okienka. Kupiłyśmy kolejne trzy testy. Dwa na już i trzeci na rano. Wszystkie pozytywne.

Właściwie nie miałam chwili wahania, to nie była trudna decyzja. Wiedziałam od samego początku, że przerwę tę ciążę. To nie ten czas. To nie ten facet. To nie ta sytuacja finansowa ani osobista.

Muszę powiedzieć, że miałam niesamowite wsparcie. Właściwie od chwili kiedy zrobiłam test, do momentu aborcji i kilka dni po niej, cały czas miałam towarzystwo. Moi przyjaciele na zmianę mnie odwiedzali, jeden z nich niemalże wprowadził się do mojego mieszkania, nie byłam sama prawie w ogóle. Bardzo jestem im wszystkim wdzięczna, gdyby nie oni byłoby znacznie ciężej.

Wiecie co było trudne? Badania. Lekarze. To nie to, że radosne okrzyki lekarzy znad aparatury do USG po stwierdzeniu ciąży sprawiały, że zaczynałam mieć wątpliwości, czy na pewno chcę zrobić aborcję. Nie. Natomiast czułam wtedy, że to wszystko powinno wyglądać zupełnie inaczej. Nie tak, że na badania chodzę sama, nie tak, że chodzę na nie bez celu bo wiem, że i tak tej ciąży nie dokończę. Pomimo tego, że nigdy nie marzyłam o rodzinie i niespecjalnie lubię dzieci, czułam jak bardzo nie tak jest ta moja pierwsza ciąża w życiu. Że skoro już jestem w tej ciąży, to to powinno wyglądać zupełnie, totalnie inaczej. I to było beznadziejne. Płakałam wracając do domu.

Do aborcji farmakologicznej nastawienie miałam średnie. Uparłam się na zabieg u lekarza. Kilka lat wstecz pojechałam towarzyszyć przyjaciółce w usuwaniu ciąży za granicą. Wiedziałam, że nie stać mnie na podobny wyjazd. Pocztą pantoflową dostałam kontakt do lekarza w Warszawie. Koleżanka koleżanki była i wszystko ok. Umówiłam się, poszłam. Nie wiedziałam co powinnam powiedzieć. “Dzień dobry, chcę zrobić aborcję”? Na szczęście lekarz okazał się bardzo pomocny i miły. Wszystko mi wyjaśnił. No, prawie wszystko, bo do dziś nie wiem jaka była nazwa substancji, której użył. Ze stresu zapomniałam go o to spytać. Dość powiedzieć, że nie były to tabletki do łykania, tylko aplikowane jak globulki. Zdziwiłam się, ale nie dyskutowałam, obchodziło mnie tylko to, żeby wreszcie nie być w ciąży. Wróciłam do domu, poszło dość gładko. W najgorszym momencie bolało mniej więcej tak, jak podczas dość bolesnego okresu. Cały czas byłam w kontakcie z lekarzem. Było przy mnie dwoje moich przyjaciół, nieocenione wsparcie. Następnego dnia poszłam na kontrolne USG. Wszystko poszło super. Byłam tak szczęśliwa, że musiałam uściskać tego lekarza. Dosłownie.

Wracając do wątku z początku historii: naprawdę nie musimy się nikomu tłumaczyć. Wiecie jaką podjęłam decyzję w związku z tym facetem? Nic mu nie powiedziałam. Przestałam się z nim spotykać, zwyczajnie wyjaśniając, że nie pasujemy do siebie. Do dziś nie wie, że byłam z nim w ciąży, ani że miałam aborcję. Po drodze zmieniałam zdanie kilka razy, czułam że jestem mu winna jakieś wyjaśnienia, chciałam z nim porozmawiać i powiedzieć mu jak było. Nie znałam go jednak aż tak dobrze, żeby przewidzieć jak zareaguje. Ważniejsze w tej sytuacji było moje dobro i mój spokój. Dlatego zdecydowałam, że ta ciąża to moja sprawa i moja decyzja. Może którejś z Was pomoże moja historia, jeśli nie chcecie się komuś tłumaczyć, to nie musicie. Pamiętajcie, nie jesteście same. To WASZE ciało i WASZA decyzja, i jakiekolwiek towarzyszą jej emocje, to naprawdę jest ok.