Wybór to nie tylko aborcja. Wybór to także poród.

To tekst o aborcji, z prywatną wstawką. Bo prywatne jest polityczne. Moja mama zwykła mówić, że jest za aborcją, ale nigdy sama nie przerwałaby ciąży. Zdarzyło mi się nawet kilka razy na nią za ten tekst zezłościć. Wiele razy pomyślałam, że jest w tym zdaniu zaszyfrowane, głęboko schowane negatywne podejście do aborcji. Moja mama zaszła w ciążę w czasach, w których aborcja w Polsce była legalna, a kobiety mogły podjąć decyzję. Moja mama urodziła dziecko z niepełnosprawnością, syna, którym opiekuje się całe życie. To ciężka praca, bo całodobowa, bez urlopu czy zwolnienia lekarskiego, bez prawa do przejścia na rentę czy emeryturę. Niezauważalna dla systemu, żenująco opłacana. Moja mama jest siłaczką. I sojuszniczką kobiet w walce o dostęp do aborcji. Moja mama i setki tysięcy innych kobiet w podobnej sytuacji potrzebują sojuszniczek. Potrzebują nas.

Kilka tygodni temu obejrzałam program w popularnej telewizji informacyjnej, podczas którego ze wzruszenia się popłakałam. W programie wypowiadały się dwie kobiety, których sytuacja pozornie wyglądała na podobną. Obie kobiety, będąc w zaawansowanej ciąży, dowiedziały się o śmiertelnej wadzie płodu. Obie były w chcianych i planowanych ciążach. Obie wybrały już imiona. Obie miały szczęście trafić na ludzką opiekę medyczną, niezasłaniającą się klauzulą sumienia, respektującą wybory pacjentek i rzetelnie informującą o zagrożeniach. Obie miały szansę wybrać. Jedna z nich zdecydowała się na aborcję, druga wybrała kontynuację ciąży i poród. Tak – wybrała. Bo wybór to nie tylko aborcja. Wybór to także poród. Kobieta, która zdecydowała się urodzić, ze łzami w oczach opowiadała o tym, jak wyglądał moment, w którym położna podała jej córkę. Dziewczynkę z licznymi wadami genetycznymi, która przeżyła kilkadziesiąt minut i zmarła na rękach matki. Płakałam wspólnie z nią, apogeum wzruszenia nastąpiło, gdy kobieta powiedziała:

„Moja córka była piękna. Miała przez cały czas zamknięte oczy, nie płakała. Jestem wdzięczna, że mogłam ją dotknąć, zobaczyć, przytulić, że mogłam zdecydować, że trafiłam na lekarza, który przygotował mnie do tej chwili. Miałam wsparcie rodziny, ale to była moja decyzja. Nikt nie powinien podejmować jej za mnie czy za inne kobiety, dlatego popieram kobiety wychodzące na ulicę i domagające się zmiany prawa”.

Piszę o tym, dlatego że na protestach zarówno w trakcie debaty sejmowej 10 stycznia, jak i podczas czarnej środy pojawiły się banery i ulotki, które mną wstrząsnęły. Na ulotkach jest wizerunek matki boskiej i zdjęcia zdeformowanych płodów oraz napis „Pomódl się za mnie”. Na banerze kolejne zdeformowane płody i wizerunek płaczącej kobiety. Pierwsza myśl – nasz ruch pro-choice jest w powijakach. Walcząc o prawo do aborcji, musimy pamiętać, że osoby, które decydują się kontynuować ciążę, nawet jeśli jest ona zagrożeniem dla ich życia czy stwierdzona jest wada płodu, są naszymi sojuszniczkami! Walczymy wspólnie, one są wśród nas. Potrzebujemy siebie nawzajem. Wychodzimy na ulicę, protestujemy, bo chcemy decydować. Moje poglądy są bliższe postawie „pro-abortion” z różnych względów, gdyby jednak okazało się, że jakaś kobieta jest nakłaniana do aborcji wbrew jej woli, decyzja o kontynuowaniu ciąży zagrażającej jej życiu czy decyzja o urodzenia dziecka, które będzie żyło nawet kilka minut, nie jest respektowana, to przykułabym się do jej łóżka i walczyła, by mogła kontynuować ciążę. Zrobiłabym to nawet dla Kai Godek. Bo to jest jej decyzja, a ja ufam decyzjom podejmowanym przez inne kobiety.

Sięganie po strategie ruchów anti-choice jest dla mnie niezrozumiałe. To wyraz pogardy wobec tysięcy osób i ich cierpienia. To właśnie te kobiety, przez wzgląd na własne doświadczenie są bardzo często naszymi sojuszniczkami i chcą liberalizacji aborcji. To właśnie te osoby są najczęściej w ciążach chcianych i wyczekują porodu. Wady zazwyczaj wykrywane są na tyle późno, że ciąża jest już widoczna i odczuwalna.

Staram się unikać mówienia o dramacie i aborcji w jednym zdaniu, ale to właśnie w tych sytuacjach aborcja może być trudną decyzją. Wychodząc na protest, szykując oprawę graficzną, organizując demonstracje, pamiętajmy o tym.

Nie chcę proczojsu, który traktuje kobiety przedmiotowo i sięga po ich osobiste dramaty, by wygrać rundę rozgrywki politycznej. Budujmy solidarność z osobami, które przerywają ciąże, ale też z tymi, które decydują się rodzić. Nie oceniajmy tych decyzji, nawet jeśli same wybrałybyśmy inaczej. Rozmawiajmy o aborcji. Rozmawiajmy o porodach również tych śmiertelnie chorych płodów, o umierających na porodówkach noworodkach. Rozmawiajmy o tym, że aborcja dotyczy również kobiet z niepełnosprawnościami!  Protestujmy przeciwko przemocy władzy. Bo porzucenie przez system kobiety, która całe życie opiekuje się ciężko chorym dzieckiem a potem dorosłym człowiekiem, to przemoc władzy wobec jednostki. Bo porzucenie przez system osoby z niepełnosprawnością i skazanie jej na pełną zależność od swojej opiekunki czy opiekuna, to przemoc władzy wobec jednostki. Zepchnięcie całej opieki do sfery prywatnej, bez systemowego i godnego wsparcia to przemoc władzy. Buntujmy się wspólnie i solidarnie.

Natalia Broniarczyk

Tekst oryginalnie ukazał się na portalu Codziennik Feministyczny

Ilustracja Jezebel.com